Marcin Burkhardt spędził w Amice wiele lat swojej piłkarskiej kariery. Przygodę w klubie zaczął jeszcze w akademii, by kilka lat później stać się ważną częścią drużyny seniorów. Na boiskach piłkarskiej ekstraklasy zadebiutował tuż po największych sukcesach w historii klubu.

Jeżeli chcecie poczytać więcej o historii klubu z Wronek, zapraszamy do ostatniego artykułu z serii “Od bohatera do zera”.

Co spowodowało, że trafił Pan właśnie do Amiki?

Skończyłem podstawówkę i część chłopaków z klasy chciała iść do Lecha Poznań, a część właśnie do Amiki Wronki. Ja do Amiki zdecydowałem się iść ze względu na to, że m. in. tamtejsi trenerzy grali kiedyś z moim tatą w piłkę i był tutaj jakiś kontakt, więc pojechałem na testy do Wronek wraz z grupą kilku zawodników z SKS 13, szkoły sportowej, którą wtedy kończyłem.

Trafiając do Wronek był Pan bardzo młodym zawodnikiem.

Ja trafiając do Wronek miałem 14 lat, zaraz po szkole podstawowej trafiłem do akademii Amiki.

Swój debiut w drużynie seniorskiej miał Pan jeszcze przed 18 urodzinami.

Chyba z niecały miesiąc przed ostatnimi urodzinami, czy nawet kilka tygodni przed.

Jak wspomina Pan swoje początki gry z seniorami?

Bardzo miło wspominam, od początku zostałem w miarę dobrze przyjęty. Broniłem się grą, dzięki czemu grałem w pierwszym zespole. Wydaje mi się, że też gdzieś charakterem wpasowałem się w szatnię starszych zawodników, gdzie grali wtedy Grzegorz Szamotulski, Paweł Kryszałowicz, Tomasz Dawidowski, Jarosław Bieniuk. Już wcześniej w zespole grał też Darek Dudka, który był moim kolegą z internatu, więc też było mi tam łatwiej się zaaklimatyzować i przebiegało to w miarę dobrze. Zwłaszcza, że już w debiucie asystowałem dla Jarka Bieniuka z rzutu rożnego i wywieźliśmy punktu z Grodziska. Takie początki zawsze dobrze służą, jak to się mówi- pierwsze wrażenie.

Zaczął Pan grać w pierwszej drużynie Amiki zaraz po tych największych sukcesach w historii klubu. Jaki to był wtedy klub? Jaka to była drużyna?

Ja wspominam te czasy bardzo dobrze. Z mojej perspektywy patrząc na całą Amikę Wronki to był mocny zespół, bo graliśmy prawie co roku w europejskich pucharach albo walczyliśmy o to, żeby w nich grać. Jedynym naszym mankamentem jako klubu było to, że nigdy nie postawiono z góry celu, że np. gramy o mistrzostwo. Chyba tego zabrakło, żeby powalczyć faktycznie o to mistrzostwo. Chociaż mieliśmy zawodników z naprawdę bogatym CV z zagranicy, mówię tu o Pawle Kryszałowiczu czy o Jacku Dębińskim, więc można było z którymś z sezonów pokusić się o mistrzostwo. Jednym z takich sezonów był sezon za trenera Majewskiego, gdzie jednak w meczu z Wisłą Kraków przegraliśmy i straciliśmy szansę, żeby walczyć dalej.

Grał Pan z Amicą z Pucharze Polski oraz w europejskich pucharach. Jak Pan oceni ten okres? Czego jeszcze brakowało, aby zdobyć jakieś trofeum?

Z góry postawionych celów. Myślę, że Wronki czy Grodzisk to były kluby, które bardzo dobrze płaciły, ale nie było tej presji, że w tym roku walczymy o mistrza. Było dobrze, jeśli chodzi o finanse, zaplecze, ale nie było tej presji, która występuje w dużych klubach, w Legii, Wiśle, Lechu, tam zawsze walczysz o najwyższy cel.

Wspomniał Pan, że w Amice było dużo dobrego, były pieniądze, infrastruktura. Jak funkcjonowała wówczas Amica jako klub? Jakie były relacje między zawodnikami, a zarządem?

Tam z reguły była bardziej rodzinna atmosfera, wszyscy przyjaźnie nastawieni, na spokojnie podchodzili. Chociaż bywały oczywiście okresy, że było nerwowo z różnych powodów, ale w większości to jednak nie było częste. Też wszyscy zawodnicy w większości mieszkali na jednym osiedlu na Słowiańskiej we Wronkach. Kilku zawodników dojeżdżało z Poznania, ale w większości zawodnicy mieszkali w jednym miejscu, więc spotykali się po treningach, taka można powiedzieć przyjacielska atmosfera.

Czego nauczył się Pan podczas pobytu we Wronkach? Z jakimi doświadczeniami opuszczał Pan klub?

Na pewno duży bagaż doświadczeń wyniosłem, jeśli chodzi o poziom gry, o to z jakimi zawodnikami grałem, od ilu zawodników mogłem się dużo nauczyć. Tutaj na pewno duże doświadczenie jeśli chodzi o wartość sportową, ale też o działanie klubu, bo uważam, że w tamtym czasie Wronki funkcjonowały na naprawdę wysokim poziomie, jeśli chodzi o organizację pracy w klubie, organizację wszystkiego co dookoła, czy o struktury treningu. Do trenowania mieliśmy duże boisko za główną płytą, ale też boisko w Popowie, była odnowa biologiczna i wybudowany nowoczesny hotel. Tutaj naprawdę to było bardzo dobre doświadczenie, że od samego początku trafiłem na bardzo dobrze funkcjonujący klub.

Co zdecydowało o tym, że opuścił Pan Amicę i poszedł na wypożyczenie do Legii?

W Amice byłem od 14 roku życia, a odszedłem jak miałem nieskończone 23 lata, czyli prawie 9 lat. To naprawdę długi okres, gdzieś szukałem nowych wyzwań, poszerzania horyzontów i stawiania sobie nowych celów. Zwłaszcza, że nie było wszystko tak jak powinno być z mojej strony. Trochę się opuściłem, do tego stopnia, że byłem w zawieszony w prawach zawodnika przez jakiś czas. Brało się to z różnych wcześniejszych sytuacji, jakie były w klubie, dlatego też odszedłem do Legii.

Czy w momencie, gdy opuszczał Pan klubu, były jakieś głosy o fuzji klubu?

W momencie kiedy przeszedłem na wypożyczenie nie, ale w momencie kiedy odchodziłem tak, już słyszałem.

Jak Pan zareagował na wieść o tym?

Trochę mnie to dziwiło, ale patrząc na to ile grałem tam i jak to funkcjonowało to też właściciele klubu dobili chyba sufitu, jeśli chodzi o to co mogli osiągnąć we Wronkach i szukali nowych wyzwań. Tak jak ja zawodnik też dobiłem do jakiegoś miejsca i chciałem czegoś nowego, tak właściciele też chcieli poszerzać horyzonty i dlatego zdecydowali się na fuzję z Lechem Poznań.

Sporo się mówi o tym, że w Amica panowała szeroka korupcja. Jak zawodnicy podchodzili do informacji o tym, że jakieś mecze były kupowane? Czy zawodnicy w ogóle wiedzieli o tym?

Ciężko mi powiedzieć. Ja na pewno o tym nie wiedziałem, bo byłem młodym zawodnikiem, który wchodził do pierwszego zespołu. Pewnie mówimy tu wstępnie o Pucharze Polski z Koninem i tamtych czasach. Było to gdzieś, ale każdy pracował na swoje nazwisko i każdy starał się od tego odcinać. Nie było to aż tak poruszane w kuluarach klubowych, ale gdzieś czasami ktoś o tym rozmawiał, jak to było kiedyś. Wówczas nie zauważyłem tego, ale też byłem młody i powiedzmy szczerze, nie byłem aż tak spostrzegawczy, bo nigdy też nie miałem do czynienia z takimi rzeczami. Ciężko było mi to w ogóle zrozumieć, mając 18 lat. Korupcja, sprzedawanie meczów, jak człowiek nigdy nie miał z tym do czynienia. Zwłaszcza, że nie było wtedy wyroków, tylko mówiono o tym w świecie piłkarskim.