Jürgen Klopp jest bez wątpienia jednym z najbardziej charyzmatycznych trenerów we współczesnym futbolu. Ekspresja Niemca pozwoliła mu na zebranie grupy wiernych fanów, którzy pójdą za nim w ogień. Menedżer Liverpoolu kreuje siebie na zwykłego człowieka, który nie różni się za bardzo od kibica oglądającego mecz przed telewizorem. Jego konferencje prasowe i życzliwy sposób odnoszenia się do dziennikarzy sprawiły, że cały piłkarski świat widzi w nim superbohatera. Jednak w obecnym sezonie nad Kloppem zaczęły zbierać się czarne chmury. Rewanż z Realem Madryt może wiele nam powiedzieć o jego przyszłości.

Jürgen Klopp – czyli postać inna, ale taka sama

Cała postać Kloppa w wersji family friendly to tylko i wyłącznie kreacja, na którą dali się nabrać niemal wszyscy piłkarscy kibice. Maska miłego pana, który nie dopatruje się spisków i winę widzi tylko w swojej osobie, została zdjęta. Niemiec nie radzi sobie z krytyką, która wynika ze słabej gry jego zespołu. Już w czasach kiedy był trenerem Borussi Dortmund coś mi w tym człowieku nie odpowiadało. Okazało się, że musiałem czekać niemal 10 lat na to, aż pokaże swoją twarz w obliczu prawdziwego kryzysu.

Dla większości moich znajomych było to niezrozumiałe jak mogę nie lubić sympatycznego Niemca. Przecież jest on jedynym normalnym trenerem w tej dyscyplinie. Każdego traktuje z szacunkiem i „nie gwiazdorzy” w przeciwieństwie chociażby do Jose Mourinho. Nie lubię nadmiernej pychy i przesadnej pewności siebie jaką emanuje na przykład Zlatan Ibrahimović czy najlepszy bramkarz świata – Kamil Grabara. Jednak fałszywa skromność jest rzeczą, której jeszcze bardziej nie trawię. Jeżeli nie pokazujesz jaki jesteś naprawdę po to żeby ludzie Cię lubili to znaczy, że nie zasługujesz na ich sympatię.

Poniższy tekst stanowią przede wszystkim obszerne komentarze do wypowiedzi Jürgena Kloppa. Niemal wszystkie przytoczone słowa padły w obecnym sezonie. Raczej nikogo nie powinno dziwić, że akurat w momencie obniżki formy Liverpoolu i licznych słów krytyki Klopp pokazał swoją drugą (prawdziwą) twarz. O dziwo jest ona niezwykle podobna do Jose Mourinho, do którego Niemiec bardzo nie lubi być porównywany.

„Żyjemy w czasach wielkiej niepewności, lecz dla niektórych klubów, których właścicielami są oligarchowie, przyszłość nie jest tak ważna.”

W tych słowach Jürgen Klopp skomentował gotowość Chelsea do dokonywania transferów w trudnym okresie dla świata piłki. Oczywistym jest, że ze względu na COVID-19 kluby nie dysponują takimi funduszami jak było przed pandemią. Oznacza to, że wielkie wzmocnienia w przypadku większości zespołów muszą być przesunięte w czasie.

Nie jest to dla nikogo nowością, że Roman Abramowicz, właściciel Chelsea, jest rosyjskim multimiliarderem. Oligarcha może sobie pozwolić na poważne inwestycje w klub. Jeżeli nie dochodzi do łamania zasad Finansowego Fair Play to raczej nikogo nie powinno interesować co inwestor robi z pieniędzmi. Temat ten był już przerabiany wielokrotnie i w Anglii każdy przyzwyczaił się do tego, że Chelsea została zbudowana na petrodolarach. Jednak najwidoczniej głosu w tej sprawie nie zabrał jeszcze niemiecki szkoleniowiec. Ciężko jest mi powiedzieć czy Klopp zazdrościł komfortowej sytuacji Lampardowi, ówczesnemu trenerowi Chelsea, czy naprawdę aż tak martwi się o przyszłość Liverpoolu i europejskich klubów. Natomiast mogę stwierdzić, że komentarz miał na celu pokazać kibicom kto jest tym „biednym” i dobrym chłopakiem, którego warto lubić.

W poprzednim akapicie „biednym” to słowo klucz. Dwa miesiące temu napisałem artykuł na temat topniejących przychodów klubów piłkarskich. W sezonie 2019/2020 Liverpool zanotował przychody o niemal 89 milionów euro większe niż Chelsea. No to w takim razie może poprzedni rok pozwolił Londyńczykom zaoszczędzić pieniądze na wielkie transfery? Nic z tych rzeczy. W sezonie 2018/2019 Chelsea także miała niższe przychody od Liverpoolu, tym razem o  91,6 mln euro.

O co w takim razie chodzi Kloppowi? Kolejny raz stara się wmówić społeczności, że to on jest tym dobrym rycerzem, który stara się walczyć z siłami zła. Robi z siebie bohatera, którego pokocha przeciętny kibic, dla którego populistyczne hasło staje się prawdą objawioną. Przeciwstawianie się bogatym elitom jest modne i Niemiec o tym wie, także wykorzystuje tego typu slogany na każdym kroku.

„Manchester United miał więcej karnych przez dwa lata niż ja przez 5,5 roku.”

Jest to wypowiedź jaką zaserwował nam Jürgen Klopp w styczniu tego roku po porażce z Southampton. Wyżyny populizmu i demagogii na jakie wspiął się Niemiec są warte uwagi. Rzucił on chwytliwe słowa w eter, żeby zdjąć uwagę z wyniku Liverpoolu i przenieść rozmowę na inny tor. Oczywiście sztuka ta mu się udała i media rozpisywały się właśnie o tym, że Manchester United rzeczywiście ma dużo jedenastek. Co ciekawe na tamtym etapie Czerwone Diabły miały zaledwie jedną jedenastkę więcej od drużyny z Anfield Road. Natomiast liderem klasyfikacji rzutów karnych było Leicester. Niemiec o nich nic nie wspomniał, bo wtedy byli w tabeli jeszcze za Liverpoolem i nie zbliżał się bezpośredni mecz z Lisami. Ciekawe czy teraz, gdy jego zespół jest za Leicester City, zdecydowałby się na taki komentarz.

Częstotliwość odgwizdywania rzutów karnych jest uzależniona przede wszystkim od stylu jaki ma każda drużyna. Nie jest zaskoczeniem, że Manchester City ma przyznawanych więcej jedenastek od West Bromu. Jest to ściśle powiązane z ofensywną grą Obywateli. No ale dlaczego Liverpool, który dużo atakuje na bramkę rywali ma mniej rzutów karnych od Manchesteru United? Wynika to ze specyfiki wyprowadzanych akcji i błędów rywali. Zawodnicy Czerwonych Diabłów często decydują się na dynamiczne wejścia z piłką w pole karne. Zwiększa to prawdopodobieństwo popełnienia faulu przez obrońców w obrębie szesnastki. I cała zagadka rozwiązana.

W temacie rzutów karnych głos zabierał także Diego Simeone, który stanął w obronie Realu Madryt. Argentyńczyk jednoznacznie wypowiedział się od czego uzależniona jest liczba rzutów karnych dyktowanych przez sędziów.

„Jeżeli dają więcej “jedenastek”, to dlatego, że jesteś częściej w polu karnym przeciwnika. Gdy więcej atakujesz, jak Real Madryt, to oznacza to, że jesteś tam dłużej.”

Diego Siemeone

Jak widać dla nikogo nie stanowi to tajemnicy. Jednak Jürgen Klopp woli rzucić na konferencji populistyczne hasło, żeby oczarować mało świadomego widza i postawić się w roli ofiary.

„Nie mieliśmy żadnych przerw, a taki Manchester City miał 2 tygodnie pauzy przez COVID-19. Mamy trudny sezon.”

Kolejny raz Klopp podkreśla to jak władze Premier League się na niego uwzięły i robią wszystko, żeby Liverpoolowi nie szło. To, że sędziowie gwiżdżą dla Czerwonych Diabłów już ustaliliśmy wcześniej. Teraz pora na faworyzowanie przez organizatorów rozgrywek klubu z niebieskiej części Manchesteru. Chodzi oczywiście o niezwykle korzystny terminarz jaki rzekomo miał zostać przydzielony Obywatelom. Oczywiście dwutygodniowa pauza Manchesteru City z powodu zachorowań zawodników na COVID-19 jest kłamstwem. Alternatywna rzeczywistość, w której żyje ostatnimi czasy Jürgen Klopp zaczęła mu się mieszać ze światem realnym.

Oczywiście jego wierni fani staną w obronie Niemca. Przecież miał on prawo pomylić sobie 8 dni bez grania od wspomnianych dwóch tygodni. Jednak jego hipokryzja w tym wypadku wykroczyła poza wszelką skalę. Liverpool miał w tym sezonie przerwę w rozgrywkach, która trwała o jeden dzień dłużej niż ta piłkarzy Manchesteru City. Cel został oczywiście osiągnięty. Najbogatszy klub w lidze jest „faworyzowany”, a przeciętnego kibica to oburzy. Czy tak rzeczywiście jest nikt nie sprawdzi.

Prawdą w tej wypowiedzi jest to, że Liverpool ma trudny sezon. Ale kto odpowiada za to, że The Reds mają aż takie problemy kadrowe? Tym razem jest to wina Romana Abramowicza czy może Pepa Guardioli? Cała odpowiedzialność spada w tym przypadku oczywiście na Kloppa, który uparcie trzyma wąską kadrę. Nikogo nie dziwi to, że najlepsze kluby starają się budować dwie jedenastki na podobnym poziomie. Trenerzy mają świadomość z obciążeń sezonu i wolą być przygotowani na plagę kontuzji. Jednak Niemiec będzie grał swoimi czternastoma piłkarzami i eksploatował ich do granic możliwości.

Do słów Kloppa odniósł się oczywiście menedżer Manchesteru City:

„Mieliśmy COVID-19, mieliśmy tydzień wolnego, zagraliśmy w 14 z Chelsea. No, ale może gadam głupoty i to były dwa czy trzy tygodnie wolnego. Gdy spotkam Jürgena, to muszę się go o to spytać. Jestem zaskoczony, myślałem, że Klopp nie jest tego typu menedżerem.”

Pep Guardiola

To jest boisko treningowe. Dzisiaj było na prawdę trudno. Sytuacja ze stadionem to inna sprawa, ale Anfield to przynajmniej prawdziwy stadion.

Można przegrywać z klasą i przegrywać jak Jürgen Klopp. Jego zespół w meczu z Realem Madryt pokazał przede wszystkim brak pomysłu na grę. O Zidanie zawsze mówiono, że jest to trener z dużym szczęściem bez umiejętności taktycznych. To jak znikome umiejętności musi mieć w takim razie szkoleniowiec Liverpoolu skoro jego zespół wyglądał na boisku na zagubiony? Ale oczywiście za przegraną nie odpowiadają jego piłkarze czy sam niemiecki trener. Źródło porażki leży zupełnie gdzie indziej, tam gdzie jeszcze chyba nikomu nie zdarzyło się go upatrywać.

Całkiem często piłkarze i trenerzy narzekali na murawę. Nierówna nawierzchnia, złe nawilżenie, sztuczna trawa – to zestaw standardowych powodów dlaczego mecz poszedł niezgodnie z planem. Ale zrzucanie winy za porażkę i fatalną postawę zespołu na aspekty architektoniczne stadionu to coś czego jeszcze nie widzieliśmy. Sugerowanie między wierszami, że Estadio Alfredo Di Stefano nie jest obiektem normalnym niezwykle bawi. Stadion spełnia wszelkie wymogi UEFA, aby rozgrywać na nim spotkania Ligi Mistrzów. Jednak Klopp jest innego zdania niż trener każdej drużyny, która przyjeżdża na mecz do Valdebebas. Być może jego piłkarzom nie przystoi rozgrywać spotkania na stadionie, który może pomieścić 6000 widzów.

Jürgen Klopp nie musiał długo czekać na replikę ze strony osoby bezpośrednio związanej z Realem Madryt. Komentarz Jorge Valdano do słów Niemca był następujący:

„Gdy nowe Bernabéu będzie skończone, Anfield będzie przypominało boisko treningowe, jeśli mamy to porównywać.”

Jorge Valdano

Na temat obiektu, na którym rozgrywa swoje spotkania drużyna Królewskich zdecydował się także Ronald Koeman. Aktualny trener FC Barcelony w jasnych słowach docenił decyzję władz Realu o zmianie stadionu i powiedział co myśli o wypowiedzi Kloppa:

„Według mnie było to okazanie braku szacunku klubowi, który wybrał czas, w którym nie ma publiczności na stadionach, do przeprowadzania prac remontowych na Santiago Bernabéu.”

Ronald Koeman

„I am The Normal One”

Jeżeli ktoś przytoczyłby mi wcześniejsze cytaty niemieckiego szkoleniowca to bez wątpienia wskazałbym Jose Mourinho. The Special One gra człowieka zakochanego w swojej osobie i lubi powtarzać historie o tym jak wiele osiągnął i czego to nie wygrał. Za wszystkie niepowodzenia odpowiedzialne są czynniki zewnętrzne, a on sam zawsze spisał się idealnie. Problem w tym, że cytaty nie pochodziły od Portugalczyka, ale wypowiedział je Jürgen Klopp.

Ten sam Jürgen Klopp, który wyśmiewając Mourinho powiedział o sobie, że jest The Normal One. Ten zwyczajny trener z sąsiedztwa, który przez lata był obiektem zachwytu kibiców na całym świecie. I właśnie on z dnia na dzień zaczął mówić językiem menedżera, którego nie lubi co drugi kibic.

Czy jest on wyszydzany za swoje momentami nawet idiotyczne komentarze? Oczywiście, że nie. Wystarczyło, że przez kilka lat grał on sympatycznego gościa. Trenera, który cieszy się z bramki przeciwko Burnley jakby jego zespół właśnie sięgał po triumf w Lidze Mistrzów. Ludzie kupili taki wizerunek i teraz są w stanie mu wybaczyć znacznie więcej niż innym. Kreowanie siebie przez lata na nieskazitelnego musiało w końcu zakończyć się potknięciem. Nie da się stale robić dobrej miny, a zwłaszcza do złej gry.

Jednak Klopp tego nie przewidział i teraz wychodzi to, że z Mourinho łączy go więcej niż mogło się wydawać. Po pierwsze o obu panach więcej się mówi pozytywów niż wskazują na to ich osiągnięcia względem innych trenerów. W poprzedniej dekadzie zdobyli oni 0,9 trofeum na rok aktywnej pracy w zawodzie. A po drugie jak zaczynają się kłopoty to rozpoczynają poszukiwania problemów tam, gdzie nie mają na nie żadnego wpływu. Siła wyższa uwzięła się na tych dwóch menedżerów i nie daje im rozwinąć skrzydeł.

Jürgen Klopp to nie jest trener na lata

Kiedy w zeszłym sezonie Liverpool zaliczył spadek formy i odpadł z Ligi Mistrzów z przeciętnym Atletico od razu nasunęło mi się pewne skojarzenie. Podobna sytuacja miała miejsce w Borussi Dortmund, kiedy po czterech latach walki na trzech frontach piłkarze „spuchli”. Oczywiście ciężko przyrównać obie sytuacje jeden do jednego. BVB w połowie sezonu zajmowało wtedy ostatnie miejsce lidze. Natomiast Liverpool sięgnął po mistrzostwo. Jednak tamto tąpniecie było zapowiedzią przed tym co widzimy w aktualnych rozgrywkach.

Nie ma możliwości, żeby The Reds walczyło o utrzymanie, ponieważ mają zdecydowanie zbyt mocną kadrę. Salah, Mane czy Allison to gwiazdy światowego formatu, które są w pojedynkę przesądzić o losie spotkania. Jednak widać to, że zespół przestał funkcjonować tak jak miało to miejsce w poprzednich latach. Piłkarze wyglądają na ociężałych i często brakuje im pomysłu na grę. Postawa Kloppa także wskazuje na to, że Niemiec dostrzega realne problemy wewnątrz drużyny. Jednak woli on opowiadać swoje wyimaginowane historie i naginać rzeczywistość.

Prawdę mówiąc zupełnie mnie nie dziwi spadek formy i słabsza gra Liverpoolu. Biorąc pod uwagę napięty terminarz i intensywność gry zawodników z Anfield to musiało dojść do poważnego kryzysu. Jeżeli dołożymy do tego brak rotacji w składzie i granie w zasadzie całego sezonu tą samą jedenastką to można być pod wrażeniem, że podopiecznym Kloppa idzie aż tak dobrze. Nadmierna eksploatacja piłkarzy i ich zmęczenie sobą i niemieckim trenerem musiały doprowadzić do sytuacji, w której obecnie znajduje się Liverpool.