Przed meczem Lecha z Benficą porozmawialiśmy z Marcinem Kikutem. Jak wspomina występy w Lidze Europy w sezonie 2010/2011? Kto z tamtego składu byłby wzmocnieniem dzisiejszego Lecha? Co myśli o aktywności młodych piłkarzy w mediach społecznościowych?

W ostatnim czasie wracają wspomnienia występów Lecha Poznań w Lidze Europy w sezonie 2010/2011. Gdy z perspektywy czasu myśli Pan o tamtych meczach to w pozytywnym aspekcie czy jednak z niedosytem?

Na pewno są to bardzo miłe wspomnienia i cieszę się, że zapisaliśmy się na kartach historii złotymi zgłoskami. Nasz występ w Lidze Europy jest pamiętany przez kibiców. Satysfakcja jest olbrzymia, wyeliminowaliśmy Juventus, wyszliśmy z grupy z Manchesterem City i osiągnęliśmy poziom 1/16 finału. Jednak jest w tej beczce miodu łyżeczka dziegciu. Odpadnięcie z Bragą pozostawia pewien niesmak, bo rzeczywiście niewiele zabrakło.

Uważa Pan, że w tamtym dwumeczu faktycznie Braga była lepsza, czy po prostu zabrakło Wam szczęścia?

Wydaje mi się, że zabrakło optymalnego przygotowania taktycznego i wiary w to, że w drugim meczu możemy dominować i wywieźć z Portugalii wynik, który nas satysfakcjonował. Pierwsza połowa tamtego meczu nie była najlepsza w naszym wykonaniu, ale w końcówce mieliśmy jeszcze sytuację stuprocentową. Generalnie cały mecz był owiany tym zaskakującym ruchem taktycznym i myślę, że to zaważyło, a Braga była wtedy w naszym zasięgu.

Mówi Pan na przykład o tym, że zagrał Pan wtedy na prawej pomocy?

Tak, ja grałem na prawej pomocy. Było trochę roszad z przodu, nominalna dziewiątka grała na pozycji skrzydłowego, Semir (Stilić) zszedł na pozycję napastnika. Oczywiście w tym zestawieniu był pewien pomysł, jednak nie został on optymalnie przygotowany i w trakcie meczu było czuć, że nie do końca nam to wychodziło.

Wróćmy jeszcze do fazy grupowej. Który mecz wspomina pan najlepiej?

Myślę, że pierwszy mecz w Turynie był unikatowy. Wyjazd do takiego rywala, taki scenariusz meczu i pozytywny wynik to piękne wspomnienie. Również mocno i przyjemnie wspominam pierwszy mecz na nowym stadionie. Otwarcie stadionu przy Bułgarskiej w całej okazałości miało miejsce w drugiej kolejce Ligi Europy. Wygraliśmy wtedy z Salzburgiem 2:0. Dopingowało nas 44 tysiące kibiców, klimat był niesamowity.

Pozostając w temacie kibiców. Z wiadomych przyczyn w tym sezonie Ligi Europy trybuny pozostają puste. Czy sądzi Pan, że gdyby teraz też, stadion przy Bułgarskiej wypełnił się po brzegi to Lechowi grałoby się łatwiej?

Zdecydowanie. To duży ból dla wszystkich kibiców Lecha, że Liga Europy wróciła do Poznania, a kibice nie mogą oglądać meczów na żywo. Bez wątpienia ze wsparciem kibiców dzisiejszy Lech, w kluczowych momentach, miałby większą moc.

Wracając do sezonu 2010. Wszyscy trzej Wasi rywale grają w tym sezonie w Lidze Mistrzów, to topowe europejskie drużyny. Wtedy jednak wyglądało to inaczej. Jak porównałby Pan tamtą grupę do tej, w której w tej kampanii występuje Lech?

Mimo wszystko wydaje mi się, że mocniejsza była ta z 2010 roku. Oczywiście Manchester City i Juventus były wtedy w słabszej formie. Grali tam jednak klasowi zawodnicy, tacy jak del Pierro, Silva, Iaquinta czy Adebayor. Dlatego uważam, że tamta grupa była bardziej wymagająca.

Kończąc temat tamtego sezonu chciałem zapytać, czy tamten sezon w Lidze Europy to najlepszy czas w Pana karierze, czy bardziej ceni Pan sobie Mistrzostwo czy Puchar Polski?

Tamten okres można spiąć jedną klamrą. Zdobyliśmy Mistrzostwo Polski, ja sam zagrałem wtedy dużo meczów. Dzięki temu występowaliśmy później w Lidze Europy. Był to mój najlepszy rok w Lechu. Pierwszym marzeniem każdego piłkarza jest bycie najlepszym w kraju i to się udało. Oczywiście Ekstraklasa nie jest najmocniejszą ligą, dlatego cieszę się, że mogłem zagrać w Europie. Była to taka wisienka na torcie.

Porównując tamtego Lecha, do tego który dziś walczy w Lidze Europy można znaleźć kilka podobieństw. Jednym z nich są mocne duety w środku pola. Który Pana zdaniem jest lepszy Stilić&Kriwiec czy Ramirez&Tiba?

Ciężko mi to ocenić. Oczywiście mam sentyment do tej dwójki, z którą grałem, ale patrząc na Ramireza i Tibę widać, że wnoszą gigantyczną jakość i są kluczowymi zawodnikami. W obu przypadkach jest to olbrzymia wartość dodana. Do podobieństw dorzuciłbym jeszcze napastników. Fajnie prezentuje się również Alan Czerwiński, dobrze radzi sobie w ofensywie, też preferowałem taki styl. Oba te składy mają wiele podobieństw, ale łączy nas przede wszystkim ofensywne nastawienie i to, że głównym celem jest stworzenie widowiska dla kibiców.

Wtedy Lechowi wiodło się lepiej w Lidze Europy. Który zawodnik z tamtego składu przydałby się teraz?

Nie będę odkrywczy mówiąc, że dzisiejszy Lech ma problem z linią obrony. Nie ma co ukrywać, że błędy indywidualne są rażące i kosztują Lecha gigantyczne straty. Mając taką defensywę, w której grali: Arboleda, Bosacki, Djurdević, a nawet Wojtkowiak różnica byłaby ogromna. Linia obronna była bardzo doświadczona i chyba to jest kluczowe, bo dziś czasami tego doświadczenia brakuje.

Lech Poznan 2010 wikimedia.org
Lech Poznań przed meczem Ligi Europy przeciwko FC Salzburg
W poniedziałek w Gdańsku do gry wrócił Jakub Kamiński. Pan jako boczny obrońca uważa, że powinien on grać na boku obrony czy jednak jako skrzydłowy?

Dla mnie zdecydowanie jest pomocnikiem. Gra bardzo błyskotliwie, inteligentnie i, jak na swój wiek, dojrzale. Ja też będąc pomocnikiem w wieku 21 lat zostałem przestawiony na pozycję bocznego obrońcy. Uważam, że było to szkodliwe. Wyhamowuje się wtedy inklinacje ofensywne i większą uwagę przykłada się do taktyki obronnej, bo to gra obronna staje się głównym zadaniem. Uważam, że Kuba powinien zostać na pozycji prawego pomocnika.

Podobnie wygląda sytuacja Tymoteusza Puchacza. Co Pan uważa o lewym obrońcy?

Tymka pamiętam jeszcze z meczu rezerw. Tarnovia, którą prowadziłem, grała z rezerwami Lecha. Puchacz już wtedy był bardzo zmotywowany, żeby osiągnąć miejsce, w którym się znalazł. Nie odniósł jeszcze żadnego sukcesu i ważne jest to, żeby o tym pamiętał. Ma niesamowity potencjał na klasowego lewego obrońcę z inklinacjami ofensywnymi. Jest silny i przebojowy. Widać jednak duży deficyt w dyscyplinie taktycznej. Wiem ze swoich występów, że koncentracja na tej pozycji jest kluczowa. Może to być niewidoczne dla kibica, jednak pozwala wejść na wyższy poziom. Uważam, że Tymek musi się na tym skupić, bo patrząc na jego grę ofensywną, to „palce lizać”. Jeśli uda mu się to zrównoważyć, to będzie mógł wejść na poziom reprezentacyjny, ale uważam, że jest tego świadomy – to mądry piłkarz.

Przejdźmy do jutrzejszego meczu. Benfica przystąpi do niego osłabiona, natomiast Lech jest w coraz lepszej sytuacji kadrowej. Jak Pana zdaniem będzie wyglądać jutrzejsze starcie?

Zawsze staram się o takich trudnych spotkaniach myśleć pozytywnie. Bardzo ważne zwycięstwo w Gdańsku pozwoli Lechowi wyrwać się z marazmu. Zagrali na zero z tyłu i dzięki odrobinie szczęścia strzelili gola z rzutu karnego. Byli bardzo zdeterminowani, żeby nie stracić bramki, dodatkowo utrzymali swoją skuteczność. Podbuduje to ich przed meczem z Benficą. Awans wydaje się już niemożliwy, więc mam nadzieję, że Lech wyjdzie na to spotkanie na luzie. Zagrają dla siebie, dla kibiców i klubu. Uważam, że są w stanie powalczyć z zespołem z Lizbony.

Jaki typuje Pan wynik?

Obstawiam bramkowy remis.

Jak już Pan wspomniał, sytuacja z awansem wydaje się być przesądzona. Czy należy jeszcze wierzyć w wyjście z grupy, czy lepiej powiedzieć sobie otwarcie, że to niemożliwe?

Ja podchodzę do tego w inny sposób. Lech leci do Lizbony po zwycięstwo, będzie to piekielnie trudny mecz, ale sprawa jest ciągle otwarta. W przypadku wygranej należy skupić się na ostatnim spotkaniu z Glasgow i wtedy zdarzyć może się wszystko. Na ten moment kluczowe jest przygotowanie mentalne do najbliższego meczu. Dywagacje na temat awansu są w tym momencie niepotrzebne. Skupmy się na tych dwóch meczach, mogą być ona podsumowaniem, mimo wszystko, bardzo dobrej postawy Lecha w Europie.

Na koniec pytanie z innej kategorii. Wiem, że ma Pan konto na Instagramie. Czy śledzi Pan poczynania niektórych piłkarzy Lecha? Co Pan o tym sądzi?

Przyznam szczerze, że nie śledzę. Jest to jednak dzisiejsza rzeczywistość. Kiedyś młodzi piłkarze udzielali wywiadów, które często odbijały się szerokim echem. Dzisiaj są wystąpienia na przykład na Instagramie. Uważam, że młodzi zawodnicy muszą budować swoją świadomość. Jeśli decydują się na wystąpienia w mediach społecznościowych, powinni wiedzieć, że na pewno znajdzie się ktoś, komu się to nie spodoba. To normalne. Wszyscy kochamy piłkę nożną, ale jako Polacy nie zawsze traktujemy piłkarzy z należytym szacunkiem, chłopaki są narażeni na hejt. Jest to proces ich rozwoju poza boiskowego, każdy musi sam sobie pewne rzeczy poukładać.

Wspomniał pan o Tarnovii, wtedy po raz ostatni był pan związany zawodowo z piłką. Jak teraz wygląda Pana życie codzienne? Nie brakuje Panu za codziennej pracy w sporcie?

Bardzo mi tego brakuje, to miłość mojego życia. Niestety w pewnym momencie musiałem podjąć dojrzałą decyzję – biznes albo piłka. Nie wyobrażam sobie dzielenia energii i serca pomiędzy rożnymi projektami. Dziś dla mnie najważniejszy jest Baltin, marka, którą prowadzę i chcę po tych dużych problemach odzyskać normalny tok funkcjonowania. Przed nami ciężka zima, wraz z załogą opracowujemy strategię optymalnego przygotowania do wiosny. Cały czas odwiedza nas wielu kibiców, wielu z nich nadal mnie rozpoznaje, to bardzo miłe. Chciałbym stworzyć właśnie takie hotele, które będą miały swój klimat.

Czyli powrót do piłki na razie jest wykluczony?

Na razie tak, mam nadzieję, że kiedyś wrócę przynajmniej do trenowania młodzieży. To dla mnie ogromna frajda.