Modest Boguszewski nie zabawił długo w Stali Mielec, bo tylko przez okres jednorocznego wypożyczenia. Jednak szybko wszedł do drużyny i, jak sam mówi, stał się jej podstawowym zawodnikiem. Co prawda nie była to już Stal ze swoich najlepszych czasów, ale jeszcze możemy mówić o klubie z całkiem niezłym zapleczem.

Na temat historii Stali Mielec powstał osobny artykuł w ramach serii “Od bohatera do zera”, który można przeczytać tutaj.

Dlaczego zdecydował się Pan na transfer akurat do Stali Mielec?

Byłem wtedy zawodnikiem Siarki Tarnobrzeg i graliśmy zimowy turniej w Mielcu. Dobrze się zaprezentowaliśmy, a ja widocznie wpadłem w oko ówczesnemu trenerowi Mielca Włodzimierzowi Gąsiorowi. Sprawa jednak upadła i praktycznie nie było żadnych rozmów. Dopiero w lecie dowiedziałem się, że Stal Mielec jest zainteresowana moją osobą. Miałem jeszcze ważny kontrakt z Siarką Tarnobrzeg, ale tam nie bardzo układała mi się współpraca z trenerem Januszem Gałkiem. Skoro Mielec się o mnie upomniał to zdecydowałem się pójść na roczne wypożyczenie do Stali.

Jak Pan wspomina tamten okres? Jak się panu żyło w Mielcu?

Wypożyczenie wiązało się z przeprowadzką do Mielca z Tarnobrzega, więc stosunkowo niedaleko. Myślę, że dobrze mi się tam żyło. Mieszkałem w mieszkaniu wynajmowanym od byłego piłkarza Stali Witolda Karasia. Nade mną mieszkał Grzegorz Lato, który wrócił z Kanady, zaraz po tym jak ja się wprowadziłem.

Jak już jesteśmy przy Grzegorzu Lato. Objął on stanowisko trenera w momencie, gdy Pan był zawodnikiem klubu, prawda?

Tak. W sumie to zaczęliśmy sezon w dość eksperymentalnym składzie, bo praktycznie w innymi składzie się przygotowaliśmy, a w innym zaczynaliśmy ligę. Początek rozgrywek nie był satysfakcjonujący. Trener Gąsior się trochę zdenerwował wynikami. Gra nie była zła, ale brakowało przełożenia na punkty. Zazwyczaj te mecze remisowaliśmy, a samymi remisami nie dało się zameldować w górnej części tabeli lub chociaż w środku niej. Także trener Włodzimierz Gąsior nie był zadowolony z tych wyników i złożył rezygnację. Oddał się wtedy do decyzji zarządu, może myślał, że nie przyjmą jego rezygnacji. Jednak trafiła się legenda z mieleckiej Stali Grzegorz Lato. Bardzo szybko przejął ten zespół po trenerze Gąsiorze.

Jak Pan wspomina współpracę z Grzegorzem Latą?

Bardzo dobrze wspominam współpracę i z trenerem Gąsiorem, który mnie ściągnął do Mielca. Był to dobry, wymagający trener. Z trenerem Latą tak samo było. Chociaż trener Lato trochę nam popuścił w porównaniu do trenowania za trenera Gąsiora, gdzie panowała większa dyscyplina. U trenera Laty mieliśmy więcej takiego piłkarskiego luzu. Mogliśmy sobie na więcej pozwolić piłkarsko na boisku, bo mniej było tej sztywnej dyscypliny.

Jakby Pan ocenił funkcjonowanie klubu?

Wszyscy żartowali z Mielca, jak coś tam złego to jak w Stali Mielec, ale to nie była prawda. Oczywiście nie było bogato, grali zawodnicy bez wielkich nazwisk, a kilku podstawowych odeszło przed rundą. Chyba największym problemem była pozycja bramkarza, bo odszedł Wojdyga do Widzewa i praktycznie zostawał wakat na tej pozycji. Trener gąsior zdecydował się wtedy na szesnastoletniego Bogusia Wyparło. W tym zespole dostali szansę młodzi zawodnicy. Klubu też nie było stać na jakieś wielkie transfery, więc zawodnicy byli pozyskiwani na zasadzie wypożyczenia, bądź przejścia za nieduże pieniądze. Była kadra takich doświadczonych zawodników, jakim byłem ja, Fedoruk, Łądocha, Jędraszczyk, czy Klich. Jednak poza nami grało dużo młodych zawodników, którzy później się dobrze prezentowali w lidze. Tutaj można wymieć właśnie Bogusia Wyparło, Rafała Rutę, czy Krzyśka Boćka. To byli nastolatkowie, którzy debiutowali w barwach Mielca w wieku zaledwie 16 czy 17 lat.  

Czy drużyna miała postawiony jakiś konkretny cel przed sezonem?

Kwestia była taka, że to już nie było za bardzo pieniędzy i klub czasami ledwo wiązał koniec z końcem. Najważniejsze było zajęcie solidnego miejsca w środku tabeli. Aby nie zamotać się w grupę spadkową, ani nie spaść do niższej ligi.

Wracając jeszcze do piłkarzy grających w klubie. Jakie relacje panowały wewnątrz szatni? Czy szybko pan się zaaklimatyzował?

Oczywiście. Trener Gąsior jak i Lato, praktycznie ode mnie, Fedoruka i Łędochy zaczynali skład. Na nas się opierała ta odpowiedzialność za drużynę. Jeżeli coś się wymagało to głównie od nas i my musieliśmy za to odpowiadać.

Praktycznie nie było żadnego problemu z moim przyjściem i akceptacją mnie w tym zespole. Wszedłem jakby z marszu i od razu stałem  się tam, tak mi się wydaje, ważną osobą. Było to związane z moim doświadczeniem ligowym oraz reprezentacyjnym. Fedoruk patrząc na mnie chciał również zagrać w reprezentacji i dopiął swego. Zresztą też przychodzili młodzi zawodnicy się radzić w różnych sytuacjach. Często się im pomagało i też się budowało tą relację nie tylko ze starszymi, ale też z młodszymi zawodnikami.

A jak układały się stosunki między zawodnikami, a trenerami i zarządem klubu? Czy na tym polu wszystko było w porządku?

Generalnie tak, nie widziałem, żeby były większe pretensje do jednego czy drugiego trenera. Relacje były w sumie bardzo dobre. Do zarządu tak samo. Wiadomo, że zawsze ktoś jest niezadowolony. To były takie pojedyncze wypadki tego typu, że ktoś tam miał pretensje, że nie grał z pierwszym składzie tylko siedział na ławce, albo był zawodnikiem wchodzącym. Tak to już jest w piłce nożnej, że nie wszyscy są zadowoleni, ale generalnie nie było źle.

Czy cokolwiek wskazywało na to, że Stal za kilka lat się rozpadnie?

Nie, wszystko funkcjonowało prawidłowo. Działały też inne drużyny, bo chodziliśmy czasami na mecze piłki ręcznej czy siatkówki. Także klub dawał sobie rade, mimo tych ciężkich czasów które nastały na początku lat 90., związanych z transformacją sportową, gdy duże zakłady zaczynały odchodzić od klubów. W tamtym momencie była jeszcze bardzo dobra współpraca z Zakładami Lotniczymi, więc my aż tak bardzo tych zmian społeczno-ekonomicznych jeszcze nie odczuliśmy. Wiadomo, że nie było tak bogato jak w innych klubach ekstraklasowych, ale jakoś człowiek sobie dawał rade i nie narzekał.

Co zdecydowało o tym, że przestał Pan grać w Stali? To był po prostu zakończony okres wypożyczenia, czy kryło się za tym odejściem coś więcej?

Ze mną było tak, że musiałem wrócić do Siarki. Oczywiście była opcja wykupienia mnie przez drużynę z Mielca, na co bardzo nalegali i trener Lato, i trener Białek. Jednak ja miałem inne plany związane z osobą pana Smudy, który przyjeżdżał na moje mecze do Mielca. Poznałem go jeszcze w Tarnobrzegu, gdy nie był bardzo znany w Polsce. Trener Smuda obiecał mi transfery zagraniczne, które praktycznie były na wyciągnięcie ręki. Miałem m. in. propozycje z Hiszpanii, Turcji, Szwecji. Pech chciał, że w jednym z ostatnich meczów w Stali w czerwcu grając z Legią Warszawa, po ostrym wejściu napastnika Legii Huberta Kopcia, złapałem poważną kontuzje. Miałem pęknięcie kolana i wszystkie moje plany „wzięły w łeb”. Na moje miejsce do Hiszpanii pojechał Grzegorz Lewandowski.

Mielec już kontuzjowanego mnie nie bardzo chciał. Zresztą ja im odmówiłem tuż przed tą feralną kontuzją. Podziękowałem już za współpracę i powiedziałem, że mam inne prany, więc oni po prostu odpuścili. Jednak ta kontuzja się wydarzyła i musiałem wracać do Tarnobrzegu.

Czy pozostał u Pana sentyment do Stali? Interesuje się Pan obecnymi poczynaniami klubu?

Oczywiście, bo tam grało wielu moich kolegów i później byli też działaczami, trenerami. Wspomnieć można Bogusia Wyparło, który został tam nawet prezesem w pewnym okresie. Na pewno pozostał sentyment, tym bardziej że ja w Tarnobrzegu i też w Mielcu odbudowywałem się po wcześniejszej kontuzji ze Śląska Wrocław. Także były to lata, które pozwoliły mi wrócić na normalny ligowy poziom i prezentowałem dobrą grę. Miałem bardzo dobry sezon w Mielcu.

Czy uważa Pan, że Stal ma jeszcze szasnę nawiązać do swoich największych sukcesów?

Jak to się mówi nigdy nie mów nigdy. Sytuacja Stali może nie jest trudna, bo mimo wszystko Stal Mielec się odbudowywała i doszła aż do ekstraklasy. Jednak pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu Stali w ogóle nie było na piłkarskiej mapie Polski, gdzieś tam się pałętali po lidze okręgowej.

W ogóle byłem przerażony co się w pewnym momencie działo z klubami, w których grałem, które kiedyś należały do ścisłej czołówki lub do solidnych ligowców. Gdzie był Motor Lublin wcześniej? Też nie było Motoru. Śląsk Wrocław grał w III lidze, gdzie ze Śląskiem zdobywaliśmy Puchar i Superpuchar Polski. Mielca też praktycznie nie było, a i Siarka Tarnobrzeg grała po niższych ligach.

Wtedy byłem przerażony, ale widzę, że kluby się pozbierały. Śląsk wrócił na swoje tory. Mielec po trudnych latach gości w ekstraklasie i walczy teraz o utrzymanie, czego mu serdecznie życzę. Motor jakoś stara się powoli odbudowywać, chociaż to idzie bardzo ciężko. A Siarka Tarnobrzeg gdzieś tam gra na poziomie III ligi, czyli nie ma się już czego wstydzić jak przed paroma laty (śmiech).

Nawiązując do pytania to myślę, że w Mielcu zrobili bardzo dobrą robotę przez te parę lat, z IV ligi awansowali do Ekstraklasy. Wiadomo jak to jest w Ekstraklasie, ciężko o utrzymanie. Jednak inne drużyny dają przykład jak to zrobić, chociażby Raków Częstochowa, drużyna prowincjonalna awansowała do Ekstraklasy i teraz bije się jak równy z równym z najlepszymi.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

Na koniec chciałem jeszcze pozdrowić ludzi z Mielca. Kibiców i działaczy, zawodników obecnych i byłych. Na koniec taka laurka ode mnie (śmiech).