Ekstraklasa, europejskie puchary, a nawet Mistrzostwa Świata. Taka jest krótka historia Pawła Sibika, gdy był zawodnikiem Odry. O tym jak wyglądała atmosfera w wodzisławskim klubie, jak to jest spełniać swoje marzenia oraz wiele więcej zdradził nam pan Paweł Sibik.

Na temat losów Odry Wodzisław Śląski ukazał się materiał z serii “Od bohatera do zera”, który można przeczytać tutaj.

Przez wiele osób jest Pan uważany za legendę Odry Wodzisław Śląski? Czy Pan również siebie tak postrzega?

Nie. Wydaje mi się, że tam więcej takich osób jest. Przede wszystkim, ja nie jestem wychowankiem. Chociaż czułem się jak wychowanek, bo też od młodych lat tam grałem. Tam też najwięcej się nauczyłem. Mimo tego, przecież był jeszcze chociażby Jan Woś, Marcin Malinowski, Sławomir Paluch. Jest więcej osób, które naprawdę długo tam grały i tam też zostawiły swoje zdrowie.

Jednak może wróćmy do Pańskich początków. Jak znalazł się Pan akurat w Wodzisławiu Śląskim?

Jak to zawsze w piłce bywa, człowiek nie zna swoich losów. Piłkarz zawsze żyje na walizkach i nie wie, gdzie wyląduje wcześniej, czy później. Tak samo było ze mną. Próbowałem swoich sił w GKSie Tychy, wcześniej to była fuzja z Sokołem Pniewy i taki klub się stworzył. Szukałem swoich sił w innych klubach. Przypadek sprawił, że graliśmy sparing z Odrą Wodzisław. Mój występ był na tyle dobry, że zostałem zauważony przez trenera Marcina Bochenka. Natomiast od razu po sparingu się ze mną nie skontaktowano. Okazało się, że później Odra przyjechała na obóz do Dzierżoniowa, a ja już wróciłem z Tych. Tak się jakoś złożyło, że się zgadano, abym przyjechał do Wodzisławia. Spakowałem rzeczy, pojechałem. Wypożyczono mnie na rok, ale po pół roku pan Serwotka pojechał uzgodnić formalności, żeby to był transfer definitywny. Tak się złożyło, że później zostałem tam na tyle lat. Tam żyłem, mieszkałem i grałem.

Jak wyglądały Pana początki w klubie? Czy szybko zaaklimatyzował się Pan w drużynie?

Wiadomo, że na Górnym Śląsku jest specyficzna atmosfera. Nie wszystko było dla mnie takie łatwe i proste. Wokół wszyscy z regionu, a ja jednak z dalszej części kraju. Okazało się, że mimo jednego kraju, pojawiła się bariera językowa, że tak to nazwę. Troszkę czasu potrzebowałem, żeby tę gwarę zrozumieć. Jednak przede wszystkich swoją wartość udowadniałem na boisku, dlatego też zawodnicy mnie zaakceptowali.

Jak już jesteśmy przy zawodnikach. Jaka atmosfera panowała w szatni Odry?

Właśnie to jest najbardziej specyficzne, że w tym klubie atmosfera zawsze była świetna. Nawet jak odchodziłem wyjeżdżając na Cypr, a później jak byłem trenerem. Zawsze w tym klubie człowiek czuł się bardzo przyjemnie. Nie było żadnych animozji. Większość chłopaków była z regionu, dopiero później zaczęło się to zmieniać. Ten trzon zawsze był, taka trójka: Sibik, Malinowski, Woś cały czas w tej szatni była. Ci, którzy gdzieś tam dochodzili, zawsze łapali z nami wspólny język. My po prostu się cieszyliśmy, że wzmacnia nas jakaś osoba z zewnątrz, że będziemy dalej mogli grać na poziomie ekstraklasy. Natomiast trzeba przyznać, że dzięki tej atmosferze wiele chłopaków się odbudowało. Wielu piłkarzy się tam odnajdowało, tacy jak Sosin, Saganowski, Grzesiu Rasiak i inni, późniejsi reprezentanci Polski. To było takie miejsce przyjazne dla wielu ludzi.

Jak wspomina Pan współpracę ze szkoleniowcami Odry?

W większości bardzo dobrze wspominam, przede wszystkim praktycznie przy wszystkich szkoleniowcach grałem. Jedynie trener Albin Mikulski miał inną wizję, ale później okazało się, że nie do końca miał rację. Zresztą on u nas długo nie był. Większość trenerów, od których miałem przyjemność uczyć się, stawiała na mnie. Najbardziej się rozwinąłem przy św. p. trenerze Jurku Wyrobku. Natomiast taki największy szlif miałem przy trenerze Marcinie Bochenku. To też ukształtowało mnie jako człowieka, pokazało jaka jest moja droga. Także tutaj naprawdę ze szkoleniowcami to były bardzo celne trafienia zarządu.

Czy mógłby Pan powiedzieć coś poziomie zarzadzania klubem w tamtym okresie? Czy uważa Pan, że był od zarządzany w dobry sposób, czy czegoś brakowało?

Na nasze warunki, tego miasta, tego regionu, który zaczął przechodzić też restrukturyzację. To naprawdę jest mega wyczyn, że przez tyle lat udało się działaczom utrzymać klub w ekstraklasie. My, piłkarze, staraliśmy się to na boisku zrobić. Natomiast działacze stawali na głowie, żeby sprostać wszystkim wymaganiom. Ja uważam, że nie będzie na takie miasto, na taki budżet w Polsce jeszcze długo klubu, który przez tyle lat gra w ekstraklasie. Ale my przecież zajmowaliśmy naprawdę czołowe miejsca w pewnym okresie. Z tego klubu dużo zawodników odchodziło do lepszych klubów, później zostawali reprezentantami kraju. Także ja uważam, ze zarządzanie było perfekcyjne, na tyle na ile można było. Zawsze mówiliśmy, że nie jesteśmy bogatym klubem, wiedzieliśmy o tym. Z płynnością finansową też było różnie, ale nikt nie narzekał. Wszyscy starali się to zrozumieć, a zarząd po sportu starał się zrobić to co mógł.

Czy wydaje się panu, że dało się zrobić coś więcej, aby odra np. sięgnęła po trofea? Czy poziom, który został wypracowany był szczytem możliwości tego klubu?

Wydaje mi się, że był szczytem. W pewnym momencie byliśmy Mistrzami Jesieni i wydawało się, że wtedy zwojujemy tą ligę. Potem jak się okazało, złudnie. Jednak przypominam, że w pierwszym sezonie byliśmy w Pucharze UEFA i Intertoto. Graliśmy, jak na tą mieścinkę, w Pucharze Polski dosyć wysoko. Na ten klub to było naprawdę bardzo dużo i to byłoby zaskoczenie, gdybyśmy zdobyli coś więcej, bo to wszystko i tak się szybko działo. Nie wszyscy byli na to przygotowani, szczególnie my, piłkarze nie byliśmy przygotowani na takie sukcesy. Ja cały czas szukałem lepszej gry, cały czas miałem do siebie jakieś pretensje, że mogłem coś zrobić lepiej, cały czas szukałem sposobów, żeby się rozwijać. To był głownie mój cel, a przy okazji na pewno wysokie miejsce w tabeli. Każdy by chciał zdobyć Mistrza Polski, ale byliśmy realistami. Widzimy jak to dzisiaj trudno jest zespołom, które wchodzą do Ekstraklasy, zespołom, które grają wiele lat i też o te najwyższe cele bardzo ciężko jest walczyć.

Wspomniał Pan, że cały czas starał się Pan grać jak najlepiej. W końcu te Pana solidne występy w klubie pozwoliły pojechać na Mundial, został Pan powołany do reprezentacji kraju. Jak Pan wspomina tamte doświadczenia?

One bardzo dużo mi dały, po pierwsze to było spełnienie marzeń. Najpierw dostałem powołanie do Reprezentacji B, później do Reprezentacji A. Niespodziewanie na Mundial. To było wielkie zaskoczenie, moje również, ale taki był wybór trenera. Ja po prostu byłem bardzo szczęśliwym człowiekiem, chociaż wiedziałem, że ciąży na mnie wielka odpowiedzialność. Wiedziałem, że to zostanie w historii i wtedy trzeba było jak najlepiej się pokazać. Tych minut dużo nie miałem. Reprezentacja na Mudialu wiadomo jak skończyła. Wróciliśmy do domu i praktycznie ten sen się skończył. Ja jednak nigdy nie żałowałem, że tam byłem. Zawsze jestem wdzięczy trenowanie Engelowi, że mnie tam zabrał i mogłem zobaczyć z bliska piłkę na najwyższym światowym poziomie oraz za to, że mogłem przebywać  w kadrze tyle czasu. Oczywiście, apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale byłem realistą. Wiedziałem, że w moim wieku te powołania nie będą jakieś znaczące. Ja po prostu swoją ciężką pracą, mając też troszkę szczęścia, spełniłem swoje marzenia.

Czy podczas tego okresu spędzonego z kadrą, posiadł Pan jakieś doświadczenia, które później pozwoliły Panu stawać się lepszym piłkarzem?

Na pewno inaczej można było spojrzeć nana pewne rzeczy. Bycie w kadrze to też nie jest taka prosta sprawa ze względów klubowych. Wymagania zaraz są większe, kibiców, działaczy. Skoro jesteś reprezentantem kraju, to powinieneś być zaraz liderem. Te doświadczenia są jednocześnie dodatkowymi obciążeniami, presją. Ja zaraz złapałem kontuzje stawu biodrowego i wtedy się zaczęły problemy. Powinienem być jeszcze tym wiodącym zawodnikiem, jednak ten uraz mi to uniemożliwiał. Pojawiały się wówczas różnego rodzaju dywagacje. Póki piłkarz gra to jest potrzebny, a jeśli słabiej gra to staje się niepotrzebny.

Gra w kadrze była też przepustką do tego, żeby później wyjechać na Cypr. Dzisiaj z perspektywy czasu nie żałuję niczego, bo zobaczyłem trochę inny futbol, trochę inną organizacje. Wiadomo, chciałem być tym liderem w klubie, ale nie zawsze to się udawało. Wiedziałem, że ciąży na mnie duża odpowiedzialność, jeszcze większa niż do tej pory, gdy byłem zawodnikiem mniej rozpoznawalnym, jednym z lepszych w lidze. Tutaj bez stuprocentowego zdrowia, świetnej formy fizycznej nie można nic zdziałać, nawet jak się jest Messim czy Ronaldo.

Mówił Pan trochę już o odejściu na Cypr. Co jednak przeważyło o Pańskim odejściu z Odry?

Chciałem zobaczyć coś nowego. Dostałem ofertę, jedną. Przynajmniej jedyną, o której wiedziałem, choć być może były inne. Finalnie klub wyraził chęć, a ja mogłem pojechać na Cypr. Tam już był Łukasz Sosin, który też mnie polecał. Chciałem jeszcze zobaczyć troszkę innego świata, innej piłki. Chciałem po prostu coś zmienić. Zawsze staram się robić wszystko jak najlepiej potrafię, jeżeli ktoś chce skorzystać z moich usług, dziś jako trenera, wcześniej jako zawodnika, to zawsze jestem otwarty.

Teraz pracuje Pan jako trener. Po karierze piłkarskiej wrócił Pan do Odry, aby trenować tę drużynę. Dlaczego zdecydował się Pan na taki ruch?

W Odrze stawiałem swoje pierwsze kroki jako trener. Dano mi szanse, nawet w ekstraklasie udało mi się prowadzić drużynę przez pięć meczów , gdy trener Janusz Białek poszedł na chorobowe. Udało nam się utrzymać, a potem trener wrócił i mi podziękowano. Dlatego zacząłem szukać innej pracy, w innym klubie. Zaczynałem pracę od dzieciaczków, niższych lig, zresztą nadal jestem w niższej lidze, ale staram się rozwijać. Nie wykluczam, że kiedyś pojawię się gdzieś wyżej, ale wiadomo, że lata lecą i tego czasu jest coraz mniej.

Potem jeszcze powróciłem do klubu, a potem znowu musiałem odejść. Tak się jakoś potoczyło,  no i potem się klub rozpadł. Patrząc dzisiaj na Odrę Wodzisław, to widzimy, że nie pracuje tam żaden były piłkarz, który tam tyle lat grał. Każdy z nas musiał sobie szukać pracy w ościennych klubach, bo nie było dla nas miejsca w Odrze. To dla mnie trochę niezrozumiałe. W końcu wyjechaliśmy z rodziną z Wodzisławia, to była taka wspólna, rodzinna decyzja. Chociaż z wielkim bólem serca i żalem żegnaliśmy się z Wodzisławiem.

Czy obecnie śledzi Pan poczynania Odry w lidze?

Oczywiście, jestem cały czas na bieżąco. Nigdy bym nie przegapił żadnego meczu, także co tydzień zaglądam do internetu, sprawdzam jak sobie radzi Odra. Wiem, że wygrali pierwszy, bardzo ważny mecz w Tychach. Bardzo się cieszę, że podążają drogą, aby wyjść na ten pół-ogólnopolski region. Później działacze muszą się zastanowić w jakim miejscu się zatrzymać, by dłużej pograć. Nie ma co szaleć, dzisiaj jest dobrze, jutro może być gorzej. Trzeba to wszystko zaplanować i mierzyć siły na zamiary.