Betfan

Piłkarską potęgę można budować na kilka sposobów, co jednak łączy je wszystkie, to potrzeba odpowiedniego zaplecza finansowego. Owe zaplecze można wykorzystać na kilka sposobów: można je przetrwonić niczym wcześniej wspomniana Anży Machaczkała, można na ich podstawie, stopniowo budować silną piłkarską markę, tak jak postąpił RB Lipsk, ale można również przeskoczyć kilka schodków i od razu ruszyć z wysokiego C. To ostatnie rozwiązanie podsumowuje to, co stało się w Paryżu w 2011 roku, kiedy to nowym właścicielem zespołu Paris Saint-Germain zostało Qatar Sports Investments. Prezesem klubu został Nasser Al-Khelaifi, natomiast dyrektorem sportowym – Leonardo. Przejęcie to sprowadziło do zespołu z stolicy Francji wielkie pieniądze, wielkie nazwiska, m.in. Carlo Ancelottiego, Zlatana Ibrahimovica, Davida Beckhama czy później Neymara jr., wielki splendor, ale i również wielkie oczekiwania.

Od 2013 roku rozgrywki piłkarskie o mistrzostwo Francji są trochę jak wyścigi Formuły 1 w tym sezonie: niby się ogląda, ale i tak wiadomo, kto wygra. Drużyna Paris Saint-Germain wygrywa krajowe rozgrywki nieprzerwanie od ośmiu lat i to z reguły bez większych problemów Podobny monopol na krajowe zmagania posiada we Włoszech Juventus, lecz tu sytuacja ma się trochę inaczej. „Stara Dama” jest zespołem z wieloletnimi tradycjami, sięgającymi kilku pokoleń, z uznaną marką na międzynarodowej arenie. PSG z kolei nie można odmówić sukcesów; zanim nastąpiły czasy „mlekiem i miodem płynące”, zespół ze stolicy Francji zdobył dwa mistrzostwa kraju, nieraz stawało na podium krajowych rozgrywek, a na arenie międzynarodowej sięgnęło nawet po Puchar Zdobywców Pucharów w 1996 roku. Był to zatem zespół z potencjałem, jednak po przyjściu nowych znajomych z Dalekiego Wschodu, potencjał ten nie został rozwinięty, tylko wykupiony. Wielkie nazwiska przybyły na Parc des Princes, mistrzostwo kraju było niemalże z góry wpisane w rachunek. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia i z czasem było to już za mało. Oczekiwano sukcesów nie tylko na swoim podwórku, ale i zagranicznym. Aby tego dokonać, sięgnięto po niesłychanie odważne rozwiązanie i w 2017 roku ściągnięto do Paryża brazylijskiego gwiazdora i jednego z najlepszych piłkarzy świata Neymara za horrendalną sumę 222 milionów euro. Do dzisiaj jest to najdroższy transfer w historii futbolu. Nie ma sensu poruszać tutaj sprawy etyki czy finansowego fair play itd. bo sytuacja ta pokazała, że jeśli o to chodzi, to świat dzieli się na równych i równiejszych. Zatem przyszedł Neymar, ale to wciąż, zdaniem włodarzy było za mało, zatem aby jeszcze dowalić do pieca, sprowadzili w 2018 Kyliana Mbappe – jednego z najlepszych, jak nie najlepszego piłkarza swojego pokolenia. Wydawać się może, iż więcej do szczęścia nie trzeba, a paryżanie złapali piłkarskiego pana Boga za nogi, wspinając się po drabince z banknotów euro. Pełni szczęścia Katarczycy jednak wciąż nie osiągnęli, gdyż europejskie trofeum wciąż ucieka Paryżanom. Wydawało się być blisko kilka miesięcy temu, lecz w swoim pierwszym w historii finale Ligi Mistrzów podopiecznie Thomasa Tuchela polegli z Bayernem Monachium 0:1. Pojawiają się głosy, że PSG kupiło sobie monopol na rozgrywki w swoim kraju, a Europa weryfikuje jakość zespołu. I wydaje się to być trafnym spostrzeżeniem. Pieniądze życie ułatwiają, ale trzeba je jeszcze umieć wykorzystać. Tutaj nie jest źle, ale pan Nasser Al-Khelaifi wciąż ma kilka rzeczy do poprawy.

Czy takich lekcji mógłby mu udzielić Mansour bin Zayed Al Nahyan – właściciel Manchesteru City? Chyba jednak nie do końca. Współczesna historia klubu z Manchesteru jest bardzo podobna do tej z Paryża – średniej klasy klub, na którego spadła masa gotówki i co za tym idzie masa oczekiwań. Jednym z pierwszych celów „Obywateli” było zdetronizowanie Manchesteru United z piedestału najlepszej drużyny w mieście i to zadanie się powiodło (co prawda same „Czerwone Diabły” sprawy nie utrudniały, gdyż po odejściu sir Alexa Fergusona klub nie miał lekko, ładnie mówiąc). Kolejnym celem było objęcie hegemoni na krajowym podwórku i to również się powiodło za sprawą Pepa Guardioli, który w 2016 zasiadł na ławce trenerskiej zespołu z Etihad Stadium. Znowu, tak jak na Parc des Princes – pieniądze, nazwiska, splendor, dominacja u siebie (może w przypadku City nie aż taka okazała), wciąż mało, chęć podbicia Ligi Mistrzów. I tutaj kolejne podobieństwo. Manchester City najdalej w Lidze Mistrzów zaszedł do półfinału i to nie nawet za ery Guardioli, a jeszcze za czasów Manuela Pellegriniego. Kiedy wydaje się, że droga do finału nie może być prostsza, obecni wicemistrzowie Anglii (nawet tu już nie dominują) potykali się o własne nogi i odpadali z hukiem. Nie ma się co bardziej nad tym casusem rozwodzić, Manchester City doszedł na szczyt za pomocą pieniędzy i nie ma w tym nic złego. Widać jednak, że czegoś jeszcze w tym przypadku brakuje.

Można by rozpatrzeć jeszcze kilku innych bohaterów, jak Chelsea Romana Abramowicza, Arsenal od czasu umowy z Fly Emirates czy Tottenham, ale trochę szkoda na to czasu, gdyż z każdym kolejnym przykładem dojdziemy do niezmiennej konkluzji. Nie ma futbolu bez pieniędzy. Piłka nożna na światowym poziomie to już bardziej biznes niż przyjemna zabawa, która cieszy miliony kibiców z różnych zakamarków globu. Nie wiem, czy jest to smutna rzeczywistość. Uważam, że to naturalny etap rozwoju świata, w którym pieniądz odgrywa coraz większą rolę i nie ma co udawać, że jest inaczej. Jedyna rzecz, która różni poszczególne zespoły, to sposób w jaki wydają swoje fundusze. Bardziej lub mniej udolnie, kończy się to spektakularną klapą, lub spektakularnym sukcesem. Ale jeśli chcemy zainicjować większą dyskusje nt. piłki, cytując film „Jerry Maguire” trzeba wypowiedzieć również słowa: „show me money”.