Takie spotkanie, jakie rozegrała wczoraj Polska w Budapeszcie, jest chyba najgorszym możliwym do skomentowania. Ciężko powiedzieć cokolwiek sensownego, żeby nie pominąć żadnego istotnego elementy – ani tego fatalnego, ani przyzwoitego.

Wiemy jedno

Pewne jest jednak, że to nie było dobre spotkanie Biało-czerwonych. Chyba jestem tu zbyt delikatna, bo przez większość czasu ten mecz był wręcz fatalny. Węgry robili z polskimi piłkarzami co chcieli, a oni czasami robili Madziarom za słupki. Mam wrażenie, że podobne zdanie piszę po każdym meczu kadry, ale taka jest smutna prawda. Polacy bardzo często, za często są bohaterem drugoplanowym swoich spotkań.

Pierwsza połowa meczu to był dosłownie dramat z punktu widzenia polskiego widza. Widać to chociażby po statystykach, które nie są zbyt przychylne „Orzełkom”. Przez całe 45 minut nie wykonali oni ani jednego strzału na bramkę rywala, dosłowne zero. Nie mówię, że po węgierskiej stronie było ich tez nie wiadomo ile, bo „dwa” to też nie jakaś powalająca liczba. Jednak jedno musimy sobie przyznać, dopóki nie strzelamy na bramkę to nie oczekujmy goli.

Sallai, a może Szalai

Pierwsza bramka stracona nie była jeszcze tak pesymistyczna. Dobra, początek spotkania, pewnie odrobią. Ja naprawdę tak myślałam, naiwnie. Jednak wróćmy do akcji Rolanda Sallaia, dostał piłkę w połowie boiska, bo nikt go nie przypilnował. Potem przebiegł samotnie pod polskie pole karne, bo nikt nie potrafił go dogonić. W końcu strzelił do praktycznie pustej bramki, bo nikt jej nie bronił. W momencie, gdy Węgier dostał piłkę, Szczęsny wyszedł bardzo daleko w głąb boiska, po czym nawet nie zdążył wrócić.

Nie tak powinno to wyglądać, a jednak cała rzesza Polaków pozwoliła jednemu Węgrowi przelecieć z piłką przez pół boiska.

Bramka Szalaia już mnie dobiła. Nie od wczoraj wiadomo, że jak ktoś za dużo przebywa w polu karnym przeciwnika to w końcu zbuduje akcje, po której odda strzał na bramkę. Atak pozycyjny Węgrów nie był najwyższych lotów, wyglądało to trochę nieporadnie. Nie bez winy pozostała polska obrona, która znowu pozwoliła przeciwnikowi na za dużo. Znowu zostawili furtkę, znowu nie upilnowali.

Polska do przerwy

Wiele rzeczy w tej drużynie nie grało, a w sumie to praktycznie wszystko. Jak już mogliśmy dostrzec nasza obrona grała jakby miała klapki na oczach, dawali Węgrom zdecydowanie za dużo miejsca w kluczowych momentach. Przy dziurawej obronie brakowało też jakiegokolwiek ataku i agresji.

Lewandowski może strzelać niewyobrażalne ilości goli (do jego bramki w tym spotkaniu jeszcze przejdziemy), ale przede wszystkim najpierw musi te podania dostać. Niestety takich okazji za wiele nie było, bo pomocnicy zbytnio nie pomagali. Pomocników brakowało w ofensywie, ale nikt by nie pogardził jakby w defensywie również się trochę wykazali.

Nie ukrywajmy, Polakom brakowało szybkości i dynamiki. Jak Węgrzy dorwali się do piłki to Biało-czerwoni stawali się nieporadni, wyglądali, jakby całkiem nie wiedzieli co mają zrobić, że dojść do futbolówki.

Zmiana w grze polskiej drużyny nastąpiła dopiero ze zmianą Modera i Szymańskiego w 59. minucie spotkania. Trzeba przyznać, Paulo Sousa strzelił w dziesiątkę wprowadzając te zmiany.

Co się magicznego stało?

Weszli na boisko Piątek i Jóźwiak, nagle zaczął się atak, zaczęła się dynamika i zdecydowanie. Dwie bramki w dwie minuty. Tak jakby nagle polska drużyny przypomniała sobie jak grać w piłkę. Prawda jest taka, po prostu zaczęli sobie szybko podawać, a nie bawić się w delikatne kopanie, jakby bali się zrobić sobie krzywdę.

Obie bramki, czy to Krzysztofa Piątka, czy Kamila Jóźwiaka były efektem pewnej gry całej drużyny. W końcu zaangażowali się pomocnicy i było co grać w polu karnym rywala. Oczywiście nie chcę umniejszać samym strzelcom, którzy z wyuczoną precyzją posłali piłkę do siatki. Dopełnili oni formalności, ale zrobili to w bardzo ładny sposób.

Po tych szybkich akcjach odetchnęłam z ulgą, bo to było coś dobrego, pozytywnego. Przede wszystkim coś co się dało i chciało oglądać. Te dwie akcje pokazały nam wszystkim jak może grać nasza kadra, niestety 3 minuty nie zrekompensują całego spotkania.

Polska na plus czy na minus?

Jak za dotknięciem magicznej różdżki nasza drużyna pokazała pazur, jednak szybko wrócili do przeciętnego, nieciekawego futbolu. Za to Węgrzy znowu wykorzystywali zostawione im miejsce. Kolejny raz atak pozycyjny, kolejny raz Polacy dali za dużo miejsca, kolejny raz obrona nie podołała. Nie można zaprzeczyć, dośrodkowanie Langa i wykończenie Orbana były bardzo fajne i precyzyjne. Jednak Polska znowu miała problem.

A potem znowu całkiem szybka akcja, piłka w polu karnym węgierskiego zespołu i Lewandowski pokazał co potrafi. Jedna ważna rzecz się zadziała, Lewy po prostu tę piłkę dostał. Wtedy on już nie potrzebuje wiele, przyjęcie, przełożenie na drugą nogę i bardzo ładny gol z dystansu w samo okienko. Takie akcje naprawdę mogą się podobać.

Czy to był dobry mecz Polaków?

Nie. Ani trochę nie. Trzy ładne akcje niestety nie mogą zrekompensować tak długiej gry jak we mgle. Jedyne co w tym meczu jest optymistyczne to nastawienie trenera. Nie chodzi tutaj o mówienie, że jest dobrze, gdy ewidentnie nie jest. W pomeczowym wywiadzie Paulo Sousa nie owijał w bawełnę, tylko jasno powiedział jak było, a było słabo.

Do trenera Brzęczka byłam sceptycznie nastawiona od początku i w sumie nigdy moje nastawienie się nie zmieniło. W tym wypadku jestem jeszcze ostrożna z oceną nowego selekcjonera. Trener nie próbuje wszystkim wmówić, że   wszystko jest idealnie. Powiedział jasno, że na jednym treningu nie da się wprowadzić wszystkich zmian.

Wygrani tego spotkania

Mówiąc o tym meczu, chyba za całokształt można wyróżnić Piątka i Jóźwiaka, bo to oni ruszyli grę tej reprezentacji. Tak jak wspominałam wyżej, dopiero po ich wejściu ta drużyna naprawdę zaczęła grać. Zwłaszcza Jóźwiak pokazał swoją wartość ruszając reprezentację od początku swojego wejścia na boisko.

Przegrani spotkania

Nie miejmy złudzeń, praktycznie cała polska drużyna grała na bardzo słabo i nie jest tak, że tylko kilku piłkarzy zawiodło. Prawie każdemu z nich można zarzucić niedokładność, powolność, nieefektywność. Jednak czy ktoś odznaczył się wyjątkowo mocno w negatywnym aspekcie? Chyba można wskazać Bednarka i Helika, bo byli strasznie zagubieni i dawali strasznie dużo miejsca Węgrom. Z drugiej strony linia pomocników prawie nie istniała.

Za ten wynik nie można obarczyć poszczególnych piłkarzy. Brakowało zaangażowania w każdym obszarze gry. Reprezentacja Polski ma przed sobą jeszcze długą drogę, aby zacząć grać dobrze i zadowalająco dla wszystkich.