Ostatni mecz reprezentacji w tym roku przysporzył nam trochę skrajnych emocji. Od zadowolenia, przez stres, aż po pewnego rodzaju rozczarowanie. Może i było to spotkanie lepsze niż to z Włochami, ale wiele brakowało do czegoś naprawdę dobrego.

W momencie, gdy Kamil Jóźwiak strzelił bramkę już w 6. minucie spotkania to byłam trochę pod wrażeniem. Nie oczekiwałam zbyt wiele od meczu z Holandią, nadal mając z tyłu głowy niedzielne potyczki z Włochami. Nie ukrywam, byłam pozytywnie zaskoczona. Jeszcze trzeba przyznać, że Kamil bardzo ładnie wypracował akcję, po której padł strzał. Najpierw miał samotną gonitwę z piłką przez prawie pół boiska, a potem bardzo trzeźwo zachować się w  samym polu karnym nie dając bramkarzowi drużyny przeciwnej żadnych szans.

A po golu…

Niestety, jakiekolwiek pozytywne wrażenia uciekły dosyć szybko, bo mimo strzelonej bramki, Polacy za nic nie chcieli powalczyć o prowadzenie na boisku. Pozwalaliśmy Holendrom na bardzo dużo w polu karnym. Tuż po bramce Jóźwiaka, nasi przeciwnicy wypracowali kilka sytuacji, które mogły zagrozić bramce Fabiańskiego. Jednak całe szczęście bardzo nie zagroziły, ale tu chyba było po prostu trochę szczęścia.

Na początku Przemysław Płacheta miał jeszcze kilka ciekawych akcji, trochę szkoda, że wszystkie próby strzału okazywały się niecelne. Mimo wszystko na plus warto zanotować starania zawodnika Norwich. Z biegiem gry, Polacy jakby trochę gubili pomysł na rozgrywanie podań. Nawet jak próbowaliśmy pójść na połowę przeciwników to byliśmy praktycznie otoczeni holenderskimi piłkarzami. Naszych jak zwykle w ataku było najczęściej za mało.

Mijała sobie ta pierwsza połowa, popełnialiśmy błędy, popełniali je też Holendrzy. Jednak co najważniejsze, wynik cały czas pozostawał niezmienny. Bądźmy szczerzy, ten wynik nie odzwierciedlał faktycznej przewagi na boisku, bo jej nie było w żadnym aspekcie. Według mnie, ten wynik odzwierciedlał dużą dozę szczęścia, jaką miał dzisiaj nasz zespół. Polacy mieli go naprawdę sporo, skoro wszystkie próby ataków Holendrów w pierwszej połowie zakończyły się niepowodzeniem. Miał w tym jakiś swój udział ten Fabiański, który zaliczył kilka dobrych interwencji. Nasz bramkarz cały czas był skupiony na zadaniu, które on miał do wykonania.

Co po przerwie?

Druga połowa rozpoczęła się ciekawie, bo od zmiany naszego kapitana Roberta Lewandowskiego, a jego zmiennikiem okazał się Krzysztof Piątek. Z jednej strony nie było to bardzo zaskakujące posunięcie, bo „Lewy” nie grał fenomenalnie, jednak jak się okazało po meczu, ta decyzja została podjęta wcześniej między zawodnikiem i trenerem, ze względu na drobny uraz napastnika.

Z początku zmiana napastnika wydawała się dobrym pomysłem. Zaraz na początku drugiej połowy, Piątek był częścią ciekawej akcji, która miała zagrozić holenderskiej bramce, jednak mimo starań kolegów, Płacheta oddał niecelny strzał i nic z tego nie wyszło. Potem jednak zmiana Piątka nie wpłynęła w żaden sposób korzystnie na grę zespołu. Sam zawodnik Herthy Berlin był delikatnie mówiąc niewidoczny na placu gry.

Rozpęd Holendrów

My traciliśmy rozpęd, a Holendrzy go nabierali. Pokazała to bardzo spokojna i przemyślana akcja przeciwników, w której od bramki uratował nas tylko słupek i dobrze ustawiony Fabiański. Do przewidzenia było, że dawanie Holendrom zbyt dużo miejsca, będzie miało bardzo złe skutki. Holendrzy zaczynali powoli napierać na naszą bramkę, oddawali trochę strzałów. Pracowali skrupulatnie, aż wypracowali sobie – karnego. Jan Bednarek popełnił głupi błąd w polu karnym, a właściwie to faul, który sędzia odgwizdał i podyktował „jedenastkę”.

Rzuty karne to loteria, tak też było tym razem. Niestety Fabiański w tej loterii przegrał, nie miał on zbyt wiele szans w obliczu strzału Depaya. Ten gol napędził tylko Holendrów do dalszej walki, a na tablicy wyników ten remis nie widniał długo, bo tylko 7 minut. Tym razem zawodnicy z Holandii wypracowali sobie rzut rożny, Polacy nie upilnowali Wijnalduma i piłka wpadła do siatki. Można teraz sobie gdybać, co powinni zrobić „biało-czerwoni”, by do tego gola nie dopuścić, ale to nie ma znaczenia. Gol jest i tyle.

To było słabe…

Słabym punktem naszego zespołu były dzisiaj zmiany, które wprowadzić trener Brzęczek w drugiej połowie. W teorii zmieniamy zawodników, żeby dodać świeżości na boisku, jednak te dzisiejsze dały wręcz efekt przeciwny. Wprowadziły one do naszej gry sporo nerwowości, w ich czasie zespół cofnął się do tyłu. Polacy jakby zapomnieli o ofensywie i kurczowo skupili się na defensywie, co nie było dobrym pomysłem, gdy gra się z takim przeciwnikiem jak Holandia.

Nie popisała się również większość naszych obrońców, którzy trochę za łatwo dopuszczali Holendrów blisko naszej bramki. Popełniali oni sporo błędów, które tylko dzięki naszemu szczęściu nie zostały wykorzystane przez przeciwnika.

A to było dobre

Dobry występ zaliczyli nasi skrzydłowi, którzy zwłaszcza na początku meczu wykazywali się dużą przebojowością i próbowali rozgrywać piłkę do przodu. Kreowali oni też kilka bardzo ciekawych akcji przy bramce rywala, które nie zakończyły się skutecznie tylko przez błędy w wykończeniu. Na plus zaprezentował się też Tomasz Kędziora, który bez wątpienia był dzisiaj najlepszym obrońcą w tej drużynie. Kędziora zaliczył dobre interwencje, a również asekurował swoich partnerów.

W momencie gola na 2:1 dla Holandii, mecz się praktycznie zamknął, bo w drużynie polskiej nie widać było żadnych szans na poprawę. Nie ma co ukrywać, wynik ten odzwierciedla przewagę piłkarską, jaką wypracowali sobie rywale przez praktycznie całe spotkanie. Długo prowadziliśmy, jednak ze stylem naszej gry kiedyś to prowadzenie musiało się pokruszyć, chociaż ten długi czas wyniku 1:0 dał nam wszystkim zalążek nadziei na niespodziewane zakończenie spotkania, oczywiście tylko do momentu wyrównania.