Dziś chciałbym się skupić tylko i wyłącznie na polskiej reprezentacji oraz jej występach w pierwszych połowie lat 70. XX wieku. Dlaczego tak? Uważam, że czas złotej ery polskiego futbolu zasługuje na, co najmniej, 2-odcinkową serię ze względu na to, jak wspaniałe sukcesy odnosiła drużyna Biało-Czerwonych na światowych boiskach.

Dziesięciolecie poprzedzające najwspanialszy okres polskiej piłki przyniosło wielką nadzieję polskim kibicom, którzy spragnieni byli sukcesu w naszym „sporcie narodowym” (to, czy piłka nożna jest naszym wiodącym sportem pozostawię do ocenie Wam). Reprezentacja, mimo często mieszanych wyników i nie do końca wykorzystywanego potencjału, potrafiła stawiać czoła nawet najlepszym drużynom świata, a to pozwalało wierzyć, że do finalnego ukończenia projektu pozostawało jedynie ustabilizować formę oraz zjednoczyć zawodników. Niewątpliwie najważniejszą postacią w tego typu zadaniach jest selekcjoner, który dawniej miał zdecydowanie szersze możliwości oraz zdecydowanie więcej czasu niż obecni menedżerowie.

Drugie podejście Kazimierza Górskiego

Reprezentacja Polski na początku lat 70. zdominowana była przez graczy z Ruchu Chorzów, Legii Warszawa oraz Górnika Zabrze. W niektórych spotkaniach zdarzało się, że całe „jedenastki” zbudowane były z zawodników występujących w tych klubach. Pierwszy mecz o punkty, będący początkiem kolejnego dziesięciolecia w polskiej piłce reprezentacyjnej odbył się w Chorzowie, gdzie Biało-Czerwoni rozegrali swoje spotkanie, w ramach eliminacji do Mistrzostw Europy, z Albanią. Polacy zwyciężyli 3:0, a bramki strzelali Gadocha, Lubański i Szołtysik. Ponadto, w tamtej drużynie występowali tacy piłkarze jak: Deyna, Czaja, czy Gorgoń. Pozostałe spotkania, które zostały rozegrane w 1970 r., były jedynie meczami towarzyskimi, jednak warto tu wspomnieć o wysokim zwycięstwie Polaków nad Danią 5:0, czy starciu z, dość niespodziewanym rywalem, jakim był Irak.

Wyzwaniem na nowy rok miały być, trwające już, eliminacje do Mistrzostw Europy, a także kwalifikacje do igrzysk olimpijski w Monachium. Na krótko przed końcem ubiegłego roku, selekcjonerem reprezentacji został Kazimierz Górski. Miał on już styczność z drużyną 4 lata wcześniej, gdyż w 1966 r. wraz z Klemensem Nowakiem i Antonim Brzeżańczykiem prowadził zespół w trzech meczach. Tym razem, reprezentacja Polski została mu powierzona jako trenerowi samodzielnemu, a debiutem w tej roli okazał się być mecz towarzyski ze Szwajcarią, rozegrany 5 maja 1971 r. oraz wygrany przez Polaków 4:2. Niestety, nie wszystkie mecze skończyły się na tyle pomyślnie, aby Biało-Czerwoni byli w stanie awansować do Mistrzostw Europy. Inaczej przebiegły jednak eliminacje do igrzysk olimpijskich, do których reprezentacji udało się awansować – dwie wygrane z Grekami, a także z Hiszpanią oraz bilans 1-1 w bezpośrednich starciach z Bułgarią, dały drużynie Kazimierza Górskiego 1. miejsce w grupie.

Pierwszy duży sukces

Na igrzyskach olimpijskich w Monachium Polacy przedstawiani byli jako solidna drużyna. Mieliśmy w składzie wielu wspaniałych zawodników, jednak fakty, jakimi były mieszana forma z poprzedniego roku i brak awansu do Mistrzostw Europy, nie stawiały nas w roli faworytów. Pierwsza faza turnieju przebiegła niezwykle łatwo – zwycięstwa 5:1 z Kolumbią, 4:0 z Ghaną oraz 2:1 z NRD pozwoliły Biało-Czerwonym piąć się w górę drabinki. Następna grupa nie należała do najprostszych, gdyż, poza Polską, znalazły się w niej również zespoły Danii, Maroka i ZSRR. Pierwszym meczem było spotkanie z drużyną z Półwyspu Jutlandzkiego, które zakończyło się remisem 1:1. Dwa dni później Polacy zmierzyli się z wicemistrzami Europy – ZSRR i, ku zaskoczeniu wszystkich, zwyciężyli 2:1, a bramkę na wagę zwycięstwa zdobył, w 87. minucie, Zygfryd Szołtysik. Najłatwiejszym starciem okazało się być ostatnie spotkanie przeciwko zespołowi z Maroka. Polacy pokazali w tym meczu swoją świetną formę wygrywając aż 5:0. Finał odbył się 10 września, a zmierzyły się w nim dwie drużyny, które od zawsze były swoimi odwiecznymi rywalami – Polska oraz Węgry. Dwa gole Kazimierza Deyny w drugiej połowie pozwoliły Biało-Czerwonym zwyciężyć 2:1 i, tym samym, zdobyć złoty medal igrzysk olimpijskich, co do dziś jest jednym z najlepszych wyników w historii polskiego futbolu. Ojcem tego sukcesu został Kazimierz Górski, który potrafił scalić drużynę oraz zadbać o odpowiednią atmosferę i przygotowanie fizyczne. Ponadto, z drużyny można wyróżnić kilku zawodników – Kazimierza Deynę – króla strzelców turnieju, Roberta Gadochę, będącego w równie świetnej formie strzeleckiej, Grzegorza Latę, Jerzego Gorgonia, Huberta Kostkę, Antoniego Szymanowskiego, Włodzimierza Lubańskiego oraz Lesława Ćmikiewicza. Warto również wspomnieć o sztabie trenerskim, wspomagającym Kazimierza Górskiego w tych czasach – znanych wszystkim kibicom, Jacka Gmocha oraz Andrzeja Strejlaua, a także mniej popularnych dziś – Jerzego Talagę oraz Witolda Dłuźniaka.

Czas na medal mistrzostw…

Naładowane pozytywną energią „Orły Górskiego” wkroczyły w kolejny piłkarski rok, którego tłem miały okazać się eliminacje do mistrzostw świata w RFN. Grupa kwalifikacyjna nie należała do najłatwiejszych – Polakom przyszło zmierzyć się z Anglią i Walią. Pierwsze spotkanie Biało-Czerwoni przegrali 2:0 w Cardiff, jednak 3 miesiące później udało się pokonać Anglię 2:0. W meczu tym najbardziej wyróżnił się Włodzimierz Lubański, niestety nie tylko z powodu dobrej gry. Kilka minut po strzeleniu 2. bramki, napastnik musiał opuścić murawę ze względu na kontuzję, która, jak się później okazało, trwała aż 2 lata. Osłabiona brakiem jednego ze swoich najlepszych piłkarzy reprezentacja Polski zwyciężyła, mimo wszystko, z Walią 3:0, a następnie zremisowała 1:1 z Anglią na Wembley. Mecz na Wyspach przeszedł do historii jako jedne z najwspanialszych spotkań w historii polskiej piłki, a narodowym bohaterem został Jan Tomaszewski, o którym zwykło się mówić, że „zatrzymał Anglików na Wembley”. Wreszcie zaczęto pisać o reprezentacji Polski, jako o drużynie godnej złotego medalu igrzysk olimpijskich. Zaczęto ją również stawiać w roli faworytów w wielu następnych meczach, nawet w tych, przeciwko najtrudniejszym rywalom.

W tamtych czasach reprezentacyjna piłka była najważniejsza. Rozgrywki klubowe i krajowe oczywiście się liczyły, jednak kiedy miały przyjść przygotowania do mistrzostw świata to wstrzymywano ligę po to, aby sztab trenerski mógł szlifować umiejętności zespołu. Taka sytuacja wydarzyła się właśnie w 1974 r., kiedy to miały odbyć się mistrzostwa świata w RFN. Polacy trafili do grupy z broniącymi tytułu wicemistrza, Włochami, Argentyną, która miała w składzie, m.in. Mario Kempesa oraz słabszą drużyną Haiti. Warto dodać, że był to dopiero drugi start Polaków na imprezie o randze światowych mistrzostw. Pierwszy mecz zakończył się zwycięstwem naszych nad Argentyną 3:2, a swoją strzelecką formę potwierdził Grzegorz Lato zdobywając dwie bramki. Drugie spotkanie okazało się być formalnością – 7:0 z Haiti, a w tym hat-trick Szarmacha i kolejne dwa trafienia byłego prezesa PZPN, zwiększyły pewność siebie polskich piłkarzy przed ostatnim meczem. Zwycięstwo 2:1 nad wicemistrzami z Półwyspu Apenińskiego pozwoliło Biało-Czerwonym wyjść z grupy z 1. miejsca. Kolejna faza grupowa to już mecze z RFN, Jugosławią oraz Szwecją. Wymęczone zwycięstwo 1:0 nad żółto-niebieskimi Skandynawami, a następnie bardzo trudny mecz, ale na szczęście, wygrany z Jugosławią 2:1, pozwoliły Polakom włączyć się do walki o złoto. Na drodze stała jeszcze drużyna RFN-u, która na poprzednich mistrzostwach świata znalazła się na 3. Miejscu. Niestety, Polacy przegrali 1:0, a spotkanie przeszło do historii jako „mecz na wodzie”, ze względu na obfity deszcz, który spowodował, że murawa zamieniła się w basen. Biało-Czerwonym pozostał mecz o 3. miejsce, w którym to musieli zmierzyć się z wirtuozerskim zespołem „Canarinhos”. Ze starcia zwycięsko wyszli Polacy, którzy pokonali Brazylijczyków 1:0, a gola na wagę brązu zdobył Grzegorz Lato.

Nadzieje na drugą połowę dziesięciolecia

Biało-Czerwoni byli już niezwykle ukształtowaną drużyną, której zawodnicy wybierani byli do dziesiątki najlepszych piłkarzy globu. Jeden z nich, Kazimierz Deyna, zajął nawet miejsce na najniższym stopniu podium, a Grzegorz Lato i Robert Gadocha odpowiednio 6. i 8. lokaty. Brakowało jednak jeszcze sukcesu na turnieju mistrzostw Europy, a te, miały odbyć się już w 1976 r. Ponadto, w tym dziesięcioleciu czekały Biało-Czerwonych jeszcze dwie inne duże gry – mistrzostwa świata oraz igrzyska olimpijskie. W 1974 roku Polacy rozegrali jeszcze kilka spotkań – eliminacyjne z Finlandią oraz towarzyskie z NRD, Francją i Czechosłowacją. Te najważniejsze, z zespołem ze Skandynawii udało się wygrać. Kibice z nadzieją patrzyli na przyszłoroczne kwalifikacje do mistrzostw Europy, gdyż awans na ten turniej byłby debiutem reprezentacji Polski, drużyny, która mogłaby walczyć nawet o złoto.

Poniżej film przedstawiający fragmenty meczu o 3. miejsce na Mistrzostwach Świata w 1974 r.