Piotr Rzepka rozpoczął przygodę z Bałtykiem Gdynia na początku swojej kariery. Było to miejsce, gdzie młody piłkarz miał bardzo duże możliwości rozwoju. Co najważniejsze, to tam udało mu się zadebiutować na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Występował w klubie przez cały okres, gdy Bałtyk występował w piłkarskiej ekstraklasie.

Całą historię na temat Bałtyku Gdynia można przeczytać na naszym portalu w cyklu “Od bohatera do zera“.

Dlaczego jako cel transferowy z Gwardii Koszalin wybrał Pan właśnie Bałtyk Gdynia?

Duże znaczenie odgrywało to, że do Trójmiasta miałem blisko z mojego rodzinnego Koszalina oraz to, że zaczynałem studia na AWFie. Całe życie spędziłem w Koszalinie, gdzie miałem całą rodzinę, znajomych, przyjaciół, także to odegrało dużą rolę. Bałtyk był beniaminkiem dzisiejszej ekstraklasy, dla mnie pójście do klubu na najwyższy poziom rozgrywkowy i blisko domu było najlepszym rozwiązaniem. Nieskromnie powiem, że miałem około 20 propozycji po Mistrzostwach Europy w Lipsku (ME U-18 w NDR w 1980 roku – przyp. red.), gdzie zdobyliśmy wicemistrzostwo Europy juniorów po 19 latach od ostatniego polskiego startu w finale. Każdy z nas miał wiele propozycji z czołowych klubów, ja też mogłem wybierać. Miałem dużo wizyt w domu, ale w Bałtyku fajnie ze mną rozmawiano. Wiele rzeczy w tej młodej głowie mi pasowało.

Jak Pan wspomina czas spędzony w Bałtyku Gdynia?

Bałtyk to rewelacyjny czas dla mnie. To były bardzo dobre lata, bo graliśmy 7 z 8 tych lat, które spędziłem w klubie, na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Tak, dla mnie to były wspaniałe czasy, tak jak dla klubu. Wszyscy byliśmy zadowoleni, chociaż brakowało mi trochę pucharów europejskich. W tamtych czasach były silniejsze kluby niż Bałtyk, ale mogłem się rozwijać i realizować. Później też miałem wiele propozycji z tuzów polskiej piłki nożnej, typu Legia, Widzew, Górnik, Lech, ale jednak zostawałem w Gdyni. Moje życie rodzinne też się układało bardzo dobrze, bo ożeniłem się i urodziło mi się dziecko. W młodości człowiek też bardziej spontanicznie patrzy na wszystko, rzeczywiście to były bardzo dobre lata dla mnie.

Grał Pan w Bałtyku przez praktycznie cały okres ekstraklasowej historii klubu. Jaka to była wtedy drużyna? Jak funkcjonował wówczas klub?

Byliśmy bardzo dobrze zorganizowanym klubem, bo mieliśmy bardzo mocnego patrona – stocznie. Bałtyk był klubem, który posiadał swój basen, hotel, swoje brygady na stoczni, pralnie, prowadził różnego rodzaju działalność gospodarczą. My, z punktu widzenia materialnego, nie mogliśmy się równać do klubów górniczych czy wojskowych, ale jednak działacze mieli wizje dalekowzroczne. Później to się rozjechało i nie funkcjonowało tak jak to było w planach.

Tak jak mówię, nie byliśmy tym tuzem polskiej piłki, ale mogliśmy być bardzo nieprzyjemnym rywalem dla wszystkich zespołów, które grały w pucharach europejskich, czy walczyły o Mistrza Polski. Wtedy już ten wielki Widzew musiał na nas bardzo uważać. Raczej nie przyjeżdżali na spacerek, a więcej nawet jak do nich jechaliśmy to byliśmy w stanie coś urywać. Z punktu widzenia sportowego byliśmy poważnie traktowani. To też miało wpływ na to, żebyśmy dobrze funkcjonowali w klubie i przeżywali to nasze życie piłkarskie.

Klub był taki rodzinny, nie było jakiegoś „gwiazdorzenia”. Dużo ludzi pochodziło z regionu i nawet skauting powoli się rozwijał, zawodnicy z Polski do nas przychodzili. Może nie jako wzór do naśladowania, ale było to bardzo logiczne i dostosowane do tamtych warunków. Samo to, że tak długo byliśmy w stanie grać na tym poziomie rozgrywkowym. W pierwszym roku zabrakło nam tylko punktu, do tego, żeby zostać Wicemistrzem Polski, a później wylądowaliśmy na szóstym miejscu. Z czysto piłkarskiego punktu widzenia, na pewno wielu sympatyków Bałtyku marzy o tym, żeby kiedyś jeszcze ten Bałtyk mógł w ten sposób rywalizować z polską elitą.

Bałtykowi nigdy nie udało się odnieść żadnego spektakularnego sukcesu. Czego brakowało, aby sięgnąć po najwyższe cele?

My mogliśmy funkcjonować na tym średnim poziomie, to nie były możliwości ściągania wszystkich zawodników. Chociaż na pewno region Trójmiasta był bardzo atrakcyjny. Wielu moich kumpli z boiska, którzy grali w tych czołowych klubach mieli lepsze warunki finansowe i większe możliwości, ale gdzieś tam zawsze zazdrościli mi tego, że ja jestem nad morzem, w Trójmieście. Na pewno w Bałtyku zabrakło większych kwot do większych nazwisk. Do robienia tych większych sukcesów na podwórku krajowym, żeby być w pucharach i kończyć w tej trójce czy czwórce, nasze możliwości się kończyły.

To nie było tak, że były błędy, czy źle wydawane pieniądze, złe decyzje, to nie o to chodziło. Chodziło o to, że już wyżej nie mogliśmy podskoczyć, to co robiliśmy to na tamten czas było bardzo dużo. Był to też okres przemian społeczno-politycznych w Polsce także tam też dużo się działo. „Nasza” stocznia też nie mogła w pewnym momencie nam pomagać tak jak by chciała, bo dużo się działo w gospodarce i w społecznym życiu Polaków. Także to było i tak robienie wielu pięknych rzeczy.

Mieliśmy na pewno bardzo dobra bazę, ten dzisiejszy gdyński ośrodek sportowy, gdzie jest stadion miejski czy hale. To wszystko były kiedyś tereny Bałtyku. Praktycznie mogliśmy z tego korzystać w takim stopniu w jakim chcieliśmy. Dzisiaj wiadomo, że to jest miejski ośrodek dla wszystkich Gdynian i wiele klubów korzysta z tego wszystkiego. To też dzisiaj jest dużym utrudnieniem, bo my mogliśmy te plany treningowe realizować. Mieliśmy obozy, wyjazdy, kontakty z takimi klubami jak Hansa Rostock, czy jeździliśmy na ciekawe sparingi i zgrupowania. Tu do pewnego momentu byliśmy na tym samym poziomie co nasza czołówka polska. Już później wiadomo, że cały sezon to jest długi dystans i na tym dłuższym dystansie różnice robiły te możliwości czysto finansowe czołówki polskiej.

W tamtym okresie został Pan powołany również do reprezentacji Polski. Jak te doświadczenia wpłynęły na Pańską grę w klubie?

Na pewno, ja jak jeździłem na kadrę, byłem na praktycznie wszystkich szczeblach od U16, U17, aż do pierwszej reprezentacji polski. Znałem wszystkich zawodników, trenerów, całe to środowisko. Nie jechałem na kadrę jako wyróżnienie po jednym dwóch meczach, czy jakieś pierwsze moje doświadczenie. To było 10 czy 12 lat, całe lata 80., to praktycznie było moje środowisko, funkcjonowałem na tych najwyższych półkach. Przyjeżdżając do klubu to jest gra zespołowa, jednak te kluby czołowe były dużo mocniejsze personalnie. My mogliśmy mieć lepsze okresy, lepsze sezony, mogliśmy „narozrabiać” na Łazienkowskiej czy na Widzewie, gdzie te kluby były po meczach z europejskimi potęgami. My mogliśmy z nimi wygrać, czy urwać im jakieś punkty. Jednak na dłuższym dystansie jak trzeba było tych punktów odbić więcej, to w Bałtyku takich możliwości w tamtych czasach nie było.

Kadra dla mnie to zawsze było ogromne przeżycie. Można powiedzieć puste słowa, ale wiadomo, że jak ten orzełek był na piersi to człowiek całkowicie inaczej funkcjonował. Dlatego czasami się dziwię, że ktoś próbuje podejrzewać zawodników, którzy wychodzą w reprezentacji, że do końca się nie starają, bo ja w takie rzeczy nie wierzę. To są często działania podświadome, człowiek dostaje energii. W sporcie po prostu nie zawsze się wygrywa.

To był też okres, gdzie ja grając w Bałtyku zazdrościłem kumplom, którzy grali w pucharach europejskich, czy częściej w reprezentacji, ale ja też byłem szczęśliwy grając w Bałtyku. Może człowiek by chciał więcej tych sukcesów osiągnąć. Jednak tyle co ja osiągnąłem w piłce to życzę dzisiaj wszystkim młodym adeptom piłki nożnej, żeby przynajmniej coś takiego przeżyli co ja dzięki piłce, czyli kadra, reprezentacja, granie w pucharach europejskich, co prawda to już później z Górniku z klubami typu Real Madryt czy Juventus Turyn. Takie rzeczy zostają do końca życia i po to między innymi się uprawia sport.

Co wyniósł Pan z okresu spędzonego w Gdyni? Z jakimi doświadczeniami opuszczał Pan klub?

To już był 1988 rok, bardzo blisko przełomu i zmiany struktury funkcjonowania państwa. Sport też bardzo cierpiał, bo i zachód nam uciekał. Tam można było się zająć tylko sportem. W Polsce problemy ekonomiczne były coraz większe, ta infrastruktura, baza treningowa odstawała od zachodniej. Ja miałem dużo kontaktów z tym zachodem. Tylko inaczej się funkcjonuje, jeśli raz kiedyś się z tymi drużynami z lepszego świata piłkarskiego spotka, a inaczej jak na co dzień się z nimi funkcjonuje. My w Bałtyku mieliśmy kapitalną atmosferę nawet, jeśli były porażki, bo nie zawsze człowiek był w stanie wygrywać, to zawsze funkcjonowaliśmy dobrze.

Ten okres mam po pozytywnej stronie mojego myślenia piłkarskiego. Takie były czasy i trzeba było się dostosować. Dzisiaj jak się analizuje to my i tak dużo wyciągaliśmy na charakterze, zaangażowaniu, umiejętności nie myślenia o tym co się z boku dzieje. Te problemy zawsze wpływają na każdą dziedzinę życia, a w dyscyplinach tak dynamicznych jak sport, a zwłaszcza piłka nożna, która jest aż tak medialna, nie raz się wychodziło i nie raz z tyłu głowy były te problemy z dnia codziennego, ale my graliśmy. To co sobie tam człowiek pamięta to w sporcie było dużo pozytywnych ludzi, dużo pozytywnej energii. Dzięki temu można było sobie też lepiej dawać radę z problemami dnia codziennego.

Dlaczego w 1988 roku zdecydował się Pan na odejście z Gdyni? Co przeważyło o tej decyzji?

Na pewno przeważył Górnik Zabrze, ta czołowa drużyna, która 4 lata z rzędu miała Mistrzostwo Polski. Przez całe 8 lat w Bałtyku miałem praktycznie co pół roku, nawet w trakcie rozgrywek, jakieś zakusy z tych lepszych klubów, tych co grali w pucharach. Może dzisiaj to zabrzmieć trochę nieskromnie, ale to, że ja zostawałem w Bałtyku to momentami mi się śmiać z tego chciało, bo dostawałem propozycje praktycznie nie do odrzucenia. Mimo wszystko nie szedłem na noże, bo w tamtych czasach to nie było tak, że kończył się kontrakt i można było odejść, coś negocjować. Wtedy nawet jak się było zawodnikiem jakiegoś klubu to i tak klub mógł tak uprzykrzyć życie, że nie można było odejść, mimo że był koniec kontraktu. Trzeba było tej dobrej woli, bo każdy zarząd, każdy klub chciał mieć tych najlepszych zawodników u siebie, a więc ja tam zostawałem.

Przyszedł rok 1988, Bałtyk drugi raz spadł do niższej klasy rozgrywkowej, mi się też kończył kontrakt i wtedy już rozmowy były. Ja też miałem swoje lata. Mówiłem sobie: „Wypadałoby iść do klubu, który systematycznie gra w lidze mistrzów”. Górnik w tamtym czasie mógł się wzmacniać na każdej pozycji, wzmacniał się tam, gdzie były potrzeby na jakiś pozycjach, w jakiś formacjach. To było też okienko do Europy, jeden, dwa dobre mecze w pucharach europejskich zwiększały wartość danego zawodnika. To były czasy, że nie można było wyjeżdżać jak się chciało, trzeba było skończyłeś ileś lat, trzeba było wielu zgód, wielu sytuacji, które się zgrywały. Wiadomo, że to spełnienie jakiś marzeń dla mnie, bo Górnik to ciągle nasz jedyny finalista pucharów europejskich. Całą młodość człowiek oglądał Górnik Zabrze. Wtedy Górnik był największą marką w Polsce i pójście do tak silnego klubu w tamtym momencie to wielkim wyróżnieniem i wielkim sportowym awansem.

Bałtyk grał w piłkarskiej ekstraklasie łącznie przez 7 sezonów. Co w Pana opinii było główną przyczyną spadku drużyny z najwyższej ligi rozgrywkowej?

Przede wszystkim to były te kwestie finansowe, bo tak jak już mówiłem dużo zyskiwaliśmy na atmosferze w klubie i wokół niego, na tym, że mieliśmy wielu kibiców. Dla stoczniowców Bałtyk był wartością, gdzie po tygodniu ciężkiej pracy można było pójść na mecz, nie za karę, nie na siłę. Mieliśmy wokół klubu bardzo dobra otoczkę. Przypomnę, że to był lata, gdy ani Lechii ani Arki nie było na najwyższym poziomie. Przez dwa lata byliśmy razem z Arką w ekstraklasie w latach 1980-81, później Lechia na dwa lata, ale tą siłą Trójmiasta i tej części północnej Polski był właśnie Bałtyk. Także wielu najlepszych zawodników z regionu mogliśmy mieć u siebie.

U nas zadebiutował w ekstraklasie   Dzidek Puszkarz, legenda Lechii, która do tamtej pory grała jednak w niższych ligach, bo jego Lechia nie mogła w tym czasie wejść do ekstraklasy. Do nas był przymierzany Jasiu Kupcewicz, poszedł później do Lecha. Jednak bycie w Trójmieście i granie w ekstraklasie było długo związane tylko z Bałtykiem. Do pewnego momentu mogliśmy mieć wszystkich najlepszych zawodników z regionu, plus tak jak mówiłem, zdarzały się transfery z innych części Polski.

Jednak te możliwości Bałtyku zaczęły topnieć. To nie były czasy, że z mediów się dostawało aż tyle pieniędzy, większość rzeczy trzeba było załatwić organizacją czy bogatym, hojnym dobroczyńcą, tak jak przez wiele lat dla nas była stocznia. Bałtyk też miał swoje nieruchomości, tak jak wcześniej mówiłem hotel, basen, pralnie i to wszystko przynosiło jakieś dochody. Później wiadomo gdzieś wyczerpuje się pewien temat i dzisiaj ciężko będzie wrócić do ekstraklasy. Oczywiście moje przejście do Górnika  było także ogromnym zastrzykiem finansowym dla Bałtyku. Bałtyk otrzymywał też procenty z moich francuskich transferów.

Spędził Pan w Gdyni dużą część swojej kariery. Czy pozostał w Panu jakiś sentyment do tej drużyny? Śledzi Pan poczynania Bałtyku w lidze?

Oczywiście, że bardzo mnie to interesuje.  Wszystkie drużyny, w których  byłem zabierają część mojego życia i dużą część mojego serca. Bałtyk z racji tego, że to były moje debiuty na najwyższym szczeblu rozgrywkowym, że spędziłem tutaj aż osiem lat mojego piłkarskiego życia musi zajmować wyjątkowe miejsce. Dużo mówi to, że  zostałem w Gdyni, mieszkam w tym pięknym mieście i to jest moje miasto.

Jak poszedłem do Górnika, potem do Francji, moja kariera trenerska też często była poza Trójmiastem, ale mój dom, moja baza to jest Gdynia, no i Bałtyk to jest mój klub. Później jeszcze byłem trenerem, dyrektorem sportowym w Bałtyku. Także uważnie śledzę poczynania drużyny, całego klubu.  Mimo że to nadal tylko jest trzecia liga, ale lepiej to wygląda niż przez ostatnie lata. Mam nadzieję, że przyjdą lepsze czasy dla  Bałtyku, bo historia ma to do siebie, że często zatacza koło i jeszcze może wróci to kiedyś na te najlepsze tory.

Czyli rozumiem, że widzi Pan szanse na to, aby Bałtyk w przyszłości wrócił do wyższych lig?

Na pewno nie jest to łatwe zadanie, bo konkurencja dzisiaj w sporcie jest bardzo duża. Kiedyś nieśmiało się o tym mówiło, że pieniądze odgrywają dużą rolę, ale dzisiaj coraz bardziej, bo jednak życie jest bardzo powiązane z ekonomią, a sport to już jest praktycznie dziedzina przemysłu. Nie da sobie nikt rady wyobrazić, że można zrobić wynik tylko na pięknych słowach, jakiś szczytnych ideach Pierre’a de Coubertin. Dzisiaj, ambicja, cechy wolicjonalne, organizacja są też składową tego wszystkiego, ale żeby to zorganizować to na pewno trzeba mieć jakieś możliwości finansowe.

Ja wierzę, bo w życiu tyle rzeczy się dzieje nielogicznych, niespodziewanych. Na pewno w sporcie trzeba funkcjonować z ambicjami, z marzeniami, z nadziejami, ale trzeba to wszystko poprzeć tą strefą finansowo-organizacyjną i jeśli Bałtyk będzie się rozwijał w tym kierunku to będzie mógł myśleć o czymś większym, bo na dzisiaj to jest historia. Są marzenia, ale jeśli tego się nie podeprze jeszcze większymi fundamentami organizacyjno-finansowymi to trudno będzie coś zrobić, ale nie takie były sytuacje w historii sportu polskiego.